Irlandczycy poparli traktat lizboński przytłaczającą większością 67,1 proc. głosów. Nawet zwolennicy Lizbony nie kryli wczoraj zdumienia skalą zwycięstwa. Z niedowierzaniem słuchali werdyktu komisji centralnej wyborczej pokazującego,ż ena jednego przeciwnika Lizbony w referendum przypadła dwóch zwolenników traktatu. - To wielki dzień dla Irlandii. Wielki dzień dla Europy. Naród irlandzki postanowił, że musimy podążać wspólnie - mówił dziś irlandzki premier Brian Cowen.
Już cząstkowe wyniki spływające do Dublina z całego kraju sugerowały, że poparcie dla Traktatu może wynieść nawet ponad 60 proc. W pierwszym referendum w sprawie Lizbony z 2008 r. Irlandczycy odrzucili traktat większością 53,4 proc. głosów. - Wygraliśmy. Przeważyła dobra kampania informacyjna na temat traktatu i
kryzys gospodarczy, który pokazał Irlandczykom, że w silnej Europie są bezpieczniejsi, bo mogą liczyć na jej pomoc - powiedział dziś Pat Cox, był szef Parlamentu Europejskiego i założyciel najprężniejszej prolizbońskiej organizacji "
Irlandia dla Europy".
Irlandczycy w kampanii przedreferendalnej spierali się nie tyle o kształt Europy, co o kryzys gospodarczy oraz pozycję międzynarodową Irlandii. - Tylko Bruksela pomoże nam wyjść z zapaści! Irlandia tylko w ramach Unii Europejskiej znaczy coś na świecie - przekonywali rzecznicy Lizbony. Przeciw nim walczył egzotyczny sojusz skrajnej lewicy, nacjonalistów i dość mizernej religijnej prawicy. Jedni straszyli kapitalistycznymi wyzyskiwaczami z Brukseli, inni - zepsutą Europą, która traktuje Irlandię jak kolonię i czyha na życie jej nienarodzonych dzieci.
Wyników referendum w ogromnym napięciu wyczekiwała cała
Unia Europejska, bo brak traktatu lizbońskiego zablokowałby unijne reformy i zatrzymałby jej rozszerzanie. Traktat wprowadza bowiem instytucję stałego przewodniczącego Rady Europejskiej (przywódcy krajów członkowskich), który powinien pomóc w ogarnięciu prac przedstawicieli aż 27 rządów. Lizbona znacznie wzmacnia kompetencje unijnego "szefa dyplomacji" i pozwala na stworzenie unijnych przedstawicielstw dyplomatycznych.
Parlament Europejski zyskuje w nowym traktacie prawo do współtworzenia uregulowań m.in. w dziedzinie rolnictwa, bezpieczeństwa i wyrównywania poziomu krajów UE w rozwoju gospodarczym, co da wybieranym demokratycznie posłom wpływ na wydatkowanie ogromnych unijnych pieniędzy.
Teraz oczy Europy kierują się na Polskę i
Czechy, których prezydenci nie podpisali jeszcze ustaw ratyfikacyjnych, choć zostały one uchwalone przez parlamenty krajowe. Lech Kaczyński obiecał, że złoży swój podpis po irlandzkim "tak". Czeska ratyfikacja utknęła w Trybunale Konstytucyjnym, który - według wszelkich prognoz - kolejny raz potwierdzi jej zgodność z konstytucją, co powinno zmusić eurosceptycznego Vaclava Klausa do podpisu w najbliższych miesiącach.