http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Irlandia decyduje w sprawie Lizbony: reforma czy kij w szprychy

Tomasz Bielecki, Dublin
2009-10-03, ostatnia aktualizacja 2010-08-13 01:07

Zakonnica głosująca w Dublinie.
Kościół katolicki w Irlandii poparł
traktat lizboński
Zakonnica głosująca w Dublinie. Kościół katolicki w Irlandii poparł traktat lizboński
Fot. PETER MORRISON AP

Irlandczycy decydowali w piątek, czy ratyfikować traktat lizboński. - Głosuję za. Biblii też całej nie rozumiem, ale to nie znaczy, że muszę odrzucić Boga - przekonywał rodaków gwiazdor telewizyjny Eamon Dunphy.


Fot. Niall Carson AP
SERWISY
Wynik referendum poznamy dopiero w sobotę po południu, żadna z irlandzkich TV i gazet nie zdecydowała się bowiem na przeprowadzenie sondaży przed lokalami wyborczymi. Obawiały się, że poziom poparcia i sprzeciwu wobec traktatu lizbońskiego będą tak silnie zbliżone, że trudno byłoby im ogłosić jednoznaczny prognozowany wynik. Ostatnie sondaże wskazywały na 55 proc. poparcia dla Lizbony.

Ospały Dublin nie wyglądał wczoraj na stolicę kraju, który decyduje o losie reformy Unii Europejskiej. - Dość. Naprawdę dość. Chcieli, żebym zagłosowała, to zagłosowałam. Ale ani słowa więcej - mówi 75-letnia Irlandka, którą do lokalu przy ulicy Pearse "niemal siłą" przywiozła córka. Dlaczego głosowała za? - Córka powiedziała, żebym nie kompromitowała Irlandii. Cała Europa ponoć na nas patrzy - tłumaczy Anne O'Regan.

Irlandczycy, którzy odrzucili traktat przed rokiem większością 53,4 proc. głosów, są wymęczeni długą kampanią namawiającą ich do zaaprobowania tekstu, który poddano powtórnemu głosowaniu dzięki dołączeniu do niego deklaracji gwarantującej Irlandii komisarza UE i potwierdzającej jej suwerenność w sprawie neutralności, podatków oraz prawa rodzinnego i bioetycznego. - Zagłosuję chyba za. Mam dość tego całego traktatu, przed rokiem zostałem w domu. Teraz jednak mówią, że potrzebujemy pieniędzy Unii w walce z bezrobociem - wyjaśnia 23-letni Eugene Gorman głosujący w lokalu przy Trinity College.

Traktat, którego zadaniem jest dostosowanie instytucji unijnych do działania po rozszerzeniu UE do aż 27 krajów członkowskich, wprowadza stanowisko stałego przewodniczącego Rady Europejskiej (złożonej z przywódców krajów UE), wzmacnia pozycję szefa unijnej dyplomacji, upraszcza procedury głosowania i pozwala Parlamentowi Europejskiemu współdecydować o m.in. polityce rolnej, czyli de facto wpływać na wydatkowanie ogromnej unijnej pomocy finansowej.

- Owszem, dla zwykłego wyborcy to trudne szczegóły. Ale przecież w referendum chodzi o coś prostszego - głos za jest poparciem dla Irlandii w UE, która usiłuje się reformować, a głos przeciw to wkładanie jej kija w szprychy. To może pojąć każdy i tego dotyczy nasze głosowanie - mówi prof. Alan Barret z dublińskiego Instytutu Badań Społecznych i Ekonomicznych.

Odrzucenie traktatu lizbońskiego mogłoby reanimować w Europie pomysły na tworzenie "twardego trzonu" UE, czyli grupy najszybciej integrujących się państw, które nie oglądałyby się na maruderów blokujących reformy. A z czasem - to szczególnie niebezpieczne dla Polski i młodych członków UE - mogłyby ich marginalizować, wyznaczając np. zbyt trudne kryteria gospodarcze dla uczestnictwa w unijnej awangardzie.

- Choć to możliwy scenariusz, to ja obecnie nie widzę w Europie przywódców gotowych realizować ten scenariusz. Ani Angela Merkel, ani Nicolas Sarkozy nie mieliby na tyle politycznej siły, aby przeforsować w swych krajach i Europie hasło "Integrujmy się dalej bez Irlandii albo Czech" - przekonuje jednak Dominik Hierlemann z Fundacji Bertelsmanna. Bez ratyfikacji Lizbony instytucje UE nie zaczną działać sprawniej, co będzie stopniowo osłabiać Unię. Ta klęska na ładnych parę lat odbierze też przywódcom krajów UE ochotę na zmiany w UE (np. negocjowanie nowego traktatu), co m.in. zablokuje jej dalsze rozszerzenie (poza Chorwacją).

Sęk w tym, że losy Lizbony nie leżą teraz wyłącznie w rękach Irlandczyków, bo podpisów pod ratyfikacją nie złożyli też prezydent Lech Kaczyński i czeski przywódca Vaclav Klaus. - Myślę, że to Klaus jest większą przeszkodą niż Irlandia. Kaczyński obiecał, że podpisze ratyfikację po irlandzkim tak i wszyscy wierzą, że słowa dotrzyma. A prezydent Klaus? Nie podziałają ani groźby, ani nagrody. Przywódcy UE muszą siedzieć cicho i czekać, aż zgodnie z czeskim prawem Klaus będzie musiał ratyfikację podpisać - mówi Hierlemann.

Mieszkańcy Dublina oburzali się wczoraj na łatkę hamulcowego w UE. - Nie ma żadnego "irlandzkiego symptomu". Mamy kłopot z traktatem, bo jako jedyni musimy go przyjąć w referendum. Gdyby urządzić referenda w innych krajach, to inni też niewiele zrozumieliby z tego tekstu. I chyba głosowaliby przeciw - tłumaczy Eamon Dunphy, gwiazda irlandzkiej TV. To on przed rokiem wymyślił slogan "If you don't know, vote No"("Jeśli nie wiesz, głosuj na nie), który przyczynił się do klęski Lizbony w pierwszym referendum, bo świetnie trafił w nastroje Irlandczyków zlekceważonych brakiem solidnej kampanii informacyjnej przed głosowaniem.

Dlaczego Dunphy zmienił zdanie? - To zły moment, żeby się wychylać. Musimy pozostać w sercu Europy. Traktatu nadal nie rozumiem w całości, ale teraz wiem, że powinniśmy się do niego dołączyć, aby nie zostać na marginesie - odpowiada. Najpoczytniejszy irlandzki dziennik "The Irish Independent", który złamał wczoraj ciszę wyborczą, przekładał Irlandczykom traktat na jeszcze prostsze słowa: "Pomoże walczyć z przestępczością, poprawi naszą reputację, usprawni walkę z globalnym ociepleniem".

Kto wygra referendum? - Nie wiem. Naprawdę wolę nie zgadywać - odpowiadał wczoraj wieczorem irlandzki politolog Peadar O'Broin.

Zwolennicy Lizbony z obawami mówili wczoraj o związkowych protestach na ulicach Irlandii, które poprzedziły dzień referendum i które centrale związkowe zapowiedziały też na początek przyszłego tygodnia. Wiece - jak ostrzegają socjolodzy - wzmagają atmosferę protestu przeciw rządowi Briana Covena, a dla części Irlandczyków odrzucenie Lizbony jest najlepszą karą dla premiera. - Gdybym głosowała tak, oni dostaliby jeszcze lepsze płace i posady. Może i w Brukseli? Po moim trupie! - tłumaczyła wczoraj 45-letnia Carolyn Taylor po oddaniu głosu.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':