- Także tym razem będzie musiała się pani z nami liczyć - powiedział kilka dni temu Angeli Merkel prałat Karl Jüsten, jeden z wpływowych katolickich duchownych, który pilnuje interesów niemieckiego episkopatu w Bundestagu i rządzie w Berlinie. Takie delikatne, choć czytelne napomnienie padło według "Süddeutsche Zeitung" podczas corocznego przyjęcia organizowanego przez berlińskie przedstawicielstwo episkopatu. Potem było jeszcze mocniej, bo z mównicy tworzący się właśnie program nowego rządu Merkel krytykował nie kto inny, ale przewodniczący episkopatu fryburski arcybiskup Robert Zollitsch.
Arcybiskup w imieniu liczącej 25 mln ludzi społeczności niemieckich katolików przypomniał, że "wolność ma swoje granice, także w gospodarce". Był to wyraźny przytyk pod adresem nowego koalicjanta chadecji - liberałów z FDP, którzy zapowiadają, że ułatwią życie przedsiębiorcom. Chcą zliberalizować kodeks pracy, co ma ułatwić zwalnianie personelu. Opowiadają się też za cięciem podatków, co nieuchronnie wiąże się z cięciami wydatków z budżetu państwa.
Liberałowie uważają się za przedstawicieli zamożnych warstw niemieckiego społeczeństwa. Ludzi, którzy znaleźli się na jego marginesie, publicznie nazywają nierobami, których trzeba zmusić do podjęcia pracy, a nie rozpieszczać wysokimi zasiłkami.
Po zwycięstwie CDU i FDP w niedzielnych wyborach gazety zaczęły przestrzegać, że nowy rząd będzie cechować "socjalny chłód".
Nie wolno dzielić Niemiec, nie wolno tracić z oczu ludzi zepchniętych na margines - apelował arcybiskup Zollitsch. Takie same poglądy ma niemiecki
Kościół ewangelicki zrzeszający 27 mln Niemców.
Paradoksalnie niemieckim hierarchom bliżej do SPD, która po wyborach przechodzi do opozycji, niż do liberałów. Za Odrą Kościoły mają bardzo socjalne oblicze. Prowadzą działalność charytatywną, a księża nawet w kazaniach poświęcają sporo uwagi walce z biedą i społecznym wykluczeniem.
Merkel musi wziąć sobie do serca opinie hierarchów. Oba Kościoły, choć od lat tracą członków, mają w społeczeństwie i w polityce ciągle spore wpływy. Z sondaży wynika, że
Niemcy wciąż traktują je jako autorytet moralny. Biskupi swojej pozycji nie wykorzystują bezpośrednio, jak to czynią np. hierarchowie w Polsce. Nie ma zresztą sporów ideologicznych: niemiecki Kościół katolicki nie walczy np. z in vitro i nie dąży do delegalizacji aborcji, choć zachowuje wobec niej krytyczne stanowisko.
By wywierać na polityków nacisk, korzystają z gęstej sieci przykościelnych stowarzyszeń. Ich siłę widać na organizowanych co dwa lata wielkich zjazdach niemieckich Kościołów, na które zjeżdżają setki tysięcy działaczy. Z głosem Kościołów bardzo liczy się też konserwatywne skrzydło partii Merkel, a w szczególności CSU - bawarska siostra CDU. Jej członkowie nieustannie krytykują Merkel, za to, że jak na szefową największej konserwatywnej partii Europy jest zbyt liberalna.
Sama Merkel już raz w tym roku podpadła katolikom, gdy ostro skrytykowała Benedykta XVI za zdjęcie ekskomuniki z negującego Holocaust biskupa lefebrysty Richarda Williamsona. W kampanii wyborczej Merkel wysyłała do Kościołów bardzo pojednawcze sygnały - mówiąc m.in., że fundamentem jej polityki jest chrześcijańska wizja człowieka. Teraz jej przyboczni zapowiadają, że w nowym rządzie będzie trzymać liberałów w cuglach.