http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Irlandczycy decydują o ratyfikacji Lizbony

Tomasz Bielecki, Dublin
2009-10-02, ostatnia aktualizacja 2009-10-02 13:54

W piątek od rana Irlandczycy głosują w ponowionym referendum nad ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego UE. - Kryzys rozłożył nas na łopatki, Irlandia jest bankrutem. Głosujcie "tak", bo nie podniesiemy się bez pomocy Brukseli - przekonywał rodaków Michael O'Leary, szef linii lotniczych Ryanair.

Urna na głosy w drodze do lokalu wyborczego na irlandzkiej wyspie Inishfree. Jej mieszkańcy głosowali już w środę
Fot. Cathal Mcnaughton REUTERS
Urna na głosy w drodze do lokalu wyborczego na irlandzkiej wyspie Inishfree...
Traktat lizboński, który powinien usprawnić działanie Unii Europejskiej, został już ratyfikowany przez 24 spośród 27 krajów UE. Irlandczycy odrzucili go przed rokiem w referendum większością 53,4 proc. głosów, a prezydenci Polski i Czech zapowiadają, że nie podpiszą ratyfikacji, jeśli w piątek Irlandia powtórnie powie dziś "nie".

- Tym razem przyjęcie Lizbony jest bardziej prawdopodobne niż jego odrzucenie, ale pewności nie mam. Preferencje wyborców w sprawie traktatu są znacznie płynniejsze niż w wyborach parlamentarnych, w których partie mogą liczyć na lojalność sporej części elektoratu - mówi prof. Richard Sinnott, politolog z University College w Dublinie.

Niepokój zwolenników traktatu potęguje to, że ostatnie sondaże dające 55 proc. poparcia dla traktatu pochodzą z zeszłego tygodnia i nikt nie ma pojęcia, jak Irlandczycy zmienili swe zapatrywania od tego czasu.

Chociaż przeciwnicy Lizbony straszyli przed rokiem, że po ratyfikacji rząd zacznie masowo wcielać Irlandczyków do armii, szpitale będą zmuszane do przeprowadzania aborcji oraz eutanazji, a europejskie potęgi odbiorą Dublinowi komisarza w Komisji Europejskiej, to teraz nad tymi całkowicie zapomnianymi tematami dominuje kryzys gospodarczy.

- Recesja 7 proc., bezrobocie 12 proc., cięcia socjalne 5 mld euro. Tym razem nie trzeba wyszukiwać tematów zastępczych - mówi politolog Michael Marsch. Jego zdaniem zapaść gospodarcza pomoże ratyfikacji, bo wielu Irlandczyków chce uciec pod skrzydła Brukseli.

Kryzys sprawił, że finisz kampanii przed referendum zamienił się w starcie dwóch słynnych na całą Europę biznesmenów - prolizboński szef linii lotniczych Ryanair Michael O'Leary toczył wiecowe i telewizyjne pojedynki z bogaczem Declanem Ganleyem, którego pieniądze oraz charyzma zaważyły na przegranej Lizbony w zeszłym roku.

Niedbale ubrany i cieszący się wizerunkiem "zwykłego irlandzkiego chłopaka" O'Leary, który słynie z przaśnego dowcipu ("w pierwszej klasie będziemy robić pasażerom lody"), próbował dyskredytować Ganleya. - Twój Libertas sromotnie przegrał wybory do Parlamentu Europejskiego. Czego jeszcze szukasz w polityce? - pytał podczas ostatniej przedreferendalnej debaty. Elegancki Ganley odpowiadał, że O'Leary "podlizuje się" Brukseli, by Komisja Europejska nie utrudniała ekspansji jego biznesów.

- I znów mieliśmy walkę na poziomie czirliderek. - Tak, tak. Nie, nie. Ja jestem luzak i chcę Lizbony. A ja jestem wykrawatowany, czyli okazuję wam szacunek, i dlatego głosuje "nie". A gdzie argumenty? Czy oni czytali ten traktat? - mówi Scott O'Schittl, wiceszef Coir, najprężniejszej antylizbońskiej grupy na irlandzkiej prawicy.

Choć przed poprzednim referendum związany z ruchami katolickimi Coir skupiał się na "aborcyjnych rzeziach niewiniątek", to teraz i jego działacze przerzucili się na gospodarkę i robili furorę hasłem: "Kochasz niskie płace - głosuj na Lizbonę!".

Przecież traktat nie reguluje zarobków? - Aby ratować wielki biznes, będą wyciskać siódme poty ze zwykłych ludzi. Kiedy rozszerzaliśmy UE, rząd mówił, że nie będzie masowej imigracji. Nie mamy nic przeciw Polakom, ale okazało się, że rząd kłamał. Teraz mówi, że traktat nie narzuci obniżenia płac, ale naszym zdaniem wzmocniona Bruksela może na nas wymusić obniżenie płacy minimalnej - przekonuje O'Schittl.

I choć ten fałszywy argument wyśmiewają unijni prawnicy, to na swych plakatach w Dublinie wypisywali go zarówno antyunijni religijni prawicowcy, jak i antylizbońscy socjaliści.

- Błagałem Irlandczyków, by nie wierzyli tak szalonym argumentom. Trudno krótko wyjaśnić, czym jest traktat lizboński, ale myślę, że nam się udało. Wygramy! - zapewnia z kolei Pat Cox, były szef Parlamentu Europejskiego, którego ruch Irlandia na rzecz Europy skupiał się na przekonywaniu młodych (głównie spoza Dublina) oraz kobiet, czyli dwóch grup najbardziej przeciwnych traktatowi w 2008 r.

Na Irlandię patrzy dziś cała Unia Europejska, bo brak traktatu lizbońskiego zablokowałby unijne reformy i zatrzymałby jej rozszerzanie. Traktat wprowadza bowiem instytucję stałego przewodniczącego Rady Europejskiej (przywódcy krajów członkowskich), który powinien pomóc w ogarnięciu prac przedstawicieli 27 rządów. Lizbona znacznie wzmacnia kompetencje unijnego szefa dyplomacji i pozwala na tworzenie ambasad UE.

Parlament Europejski zyskuje w nowym traktacie prawo do współtworzenia uregulowań m.in. w dziedzinie rolnictwa, bezpieczeństwa i wyrównywania poziomu krajów UE w rozwoju gospodarczym, co da wybieranym demokratycznie posłom wpływ na wydatkowanie ogromnych unijnych pieniędzy. Z drugiej strony Lizbona rozszerza obowiązek konsultowania unijnych projektów z parlamentami krajowymi, co - wbrew głosom irlandzkich krytyków - wzmacnia suwerenność członków UE.

Dodatkowa deklaracja dołączona do traktatu, która umożliwiła powtórzenie referendum w Irlandii, potwierdza jej niezależność (sprawa neutralności, podatków, prawa rodzinnego bioetycznego) oraz gwarantuje Irlandczykowi jednego komisarza UE. Traktatowi, który popiera rząd Irlandii i największa partia opozycji (episkopat zachował neutralność), to brak jednak wielkiej przewodniej idei łatwej do przekucia w hasło wyborcze.

- Mówią mi, że Europa potrzebuje tego traktatu, bo inaczej Bruksela się zablokuje i wszyscy stracimy. A Irlandia się skompromituje. Dlatego będę głosować na "tak", chociaż nie chcę udawać, że wiele z tego wszystkiego rozumiem. Dlaczego każą nam głosować nad tekstem, którego zwykły człowiek nie może doczytać do końca? - mówi mi ostatniego dnia kampanii Martin Gough, urzędnik dublińskiego magistratu.

Wstępne wyniki referendum poznamy w sobotę.



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':