Mówi Katarzyna Dembek, 29 lat, weterynarz, od dwóch lat w Arabii Saudyjskiej: Pierwszym dniem tygodnia jest sobota. Przychodzę do szpitala o ósmej (mam dwieście metrów), coffee boy przynosi mi kawę. Kamal (z Indii) tylko to robi, no i trochę sprząta albo udaje, że sprząta.
Taki coffee boy jest tutaj w każdym banku, urzędzie i sklepie. Saudyjczycy jakoś nie potrafią sami parzyć sobie kawy czy herbaty. I lubią wygodne życie.
Tak, Kamal pamięta, że lubię z mlekiem.
Potem z pielęgniarzami: Szirim z Nepalu i Ramadanem z Pakistanu, i resztą lekarzy: Gregorym z Francji, Simone, Cristiną z Włoch i Peterem z Południowej Afryki, robimy obchód. Peter przyjechał na miejsce mojego wykładowcy z SGGW, który polecił mnie do pracy, kiedy byłam jeszcze na stażu w klinice koni w Irlandii. Po obchodzie każdy rozchodzi się do swoich zajęć - ja do źrebiąt.
Jest tu powiedzenie, które bardzo mnie irytuje: inszallah, bo używają go na odczepnego. Przykład: mam za dwa tygodnie zabukowany bilet, ale nie dostałam jeszcze potrzebnych dokumentów - "Jak Allah pozwoli, będą w środę. A w ogóle to po co te nerwy, nie polecisz za dwa tygodnie, to za trzy, w czym problem?". I tak ze wszystkim.
Trzeba więc grać z nimi tymi samymi zasadami. Dzwoni właściciel i pyta co z koniem - "Jak Allah pozwoli, będzie dobrze".
Kiedy zdarzyło się, że nie uratowaliśmy konia - "Allah tak chciał. Robiliśmy, co w naszej mocy, ale co my możemy? Nic".
Cokolwiek by się działo - Allah karim i już.
Od 12 do 15 mam przerwę na
lunch. Jest za gorąco, żeby pracować, teraz 53 stopnie, więc przeważnie się śpi.
Dzisiaj skończyłam o 12 i na resztę dnia wzięłam wolne - robię tak dwa razy w tygodniu, kiedy jadę do Rijadu na zakupy.
Umówiłam się z Abdulą (Filipińczykiem), że o 15 wyjeżdżamy z farmy. Jest moim kierowcą, bo kobiety w Arabii Saudyjskiej nie mogą prowadzić samochodu.
Dlaczego? Nie potrafią sensownie odpowiedzieć na to pytanie, tym bardziej że zakaz nie wynika z obowiązującego tutaj szariatu.
Kiedyś wyjątkowo pojechaliśmy do pacjenta (bo przeważnie nam do szpitala przywożą konie), zrobiłam, co miałam zrobić, wołam Abdulę, że już wracamy. Właściciel źrebaka: "A co, nie przyjechałaś sama, cha, cha, cha?". Ja: "Taak? To wytłumacz mi, dlaczego nie mogę prowadzić?". On: "Nie denerwuj się... To przecież wygodniej dla ciebie - wszędzie cię wożą. I bezpieczniej".
Noszenie abai - długiej do kostek czarnej peleryny, którą zakłada się na ubranie - to rozumiem, bo patrzą na mnie i grzeszą. Raz podeszła do mnie Saudyjka i kazała zakryć włosy chustą, bo jej mąż na mnie patrzy. Powiedziałam, że nie zakryję, a jak jej się nie podoba, niech zabiera męża. Niby cudzoziemki też powinny nosić hidżab - nawet kilka razy funkcjonariusze Muttawy, ochotniczej policji religijnej, pytali, gdzie go mam. Zawsze podchodzą w towarzystwie policjanta, bo im nie wolno rozmawiać z kobietą, i zawsze odpowiadam, że zapomniałam i zostawiłam w samochodzie. Ale jest niepisana umowa, że od Europejek, Amerykanek wymaga się wyłącznie abai.
W połowie drogi jest checkpoint, zatrzymują nas: "Paszporty poproszę. O!, macie inne nazwiska. Wie pani, że kobieta nie powinna przebywać sama z obcym mężczyzną?!".
Tłumaczę, że pracujemy w tej samej firmie, pokazuję iqamy (dowód tożsamości dla rezydentów - tu nie ma turystyki, można przyjechać tylko w związku z pracą). Zerka. "Witamy w Arabii Saudyjskiej i życzymy miłego pobytu" - książę Khaled bin Sultan Abdul Aziz jako sponsor (pracodawca) robi bardzo dobre wrażenie.
Dzięki checkpointom wyłapali Al-Kaidę - błyskawiczny sąd, egzekucja. Już dawno nic się nie zdarzyło, ostatnie ataki były chyba w 2004 roku.
Przejmuję ich zwyczaje - zakupy to główna rozrywka Saudyjczyków. Takie Złote Tarasy to są tutaj na każdym kroku. Wszystkie do siebie podobne: w środku palmy, fontanny i cisza - bo
muzyka jest przez islam zabroniona. Wszędzie te same europejskie sklepy: Mexx, Terranova, Marks & Spencer, wcale nie jest łatwo znaleźć coś typowo arabskiego. Są Carrefoury i Géanty - kupiłam od razu większy zapas jedzenia. Na farmie jest kuchnia i zaraz po przyjeździe się tam stołowałam, ale jedzenie było średnie i ciągle to samo, dlatego wolę gotować sama.
Kilka kilometrów od farmy jest wieś Tebrak i tam są trzy sklepy, jeden prowadzony przez Hindusów, nawet dosyć duży, ale nie ma w nich wszystkiego, no i to są takie GS-y: mydło, powidło i brud.
A w ogóle to wsie saudyjskie wyglądają jak z Marsa: pustynia, autostrada, na początku i końcu stacja benzynowa, przy niej od razu meczet (w ciągu dnia jest pięć modlitw), pomiędzy parterowe
domy otoczone wysokim murem, żeby nie było widać kobiety, kiedy wyjdzie niezakryta.