W środę późnym wieczorem do miasteczka Sławianowo na północy Bułgarii niespodziewanie wjechały buldożery eskortowane przez
policyjne radiowozy. Pracowały niestrudzenie przez kilkanaście minut, po czym znikły tak nagle, jak się pojawiły.
Zostawiły po sobie niepozorną kupkę gruzu w miejscu, gdzie chwilę wcześniej pyszniła się 5-metrowa kamienna piramida z półksiężycem i krzyżem na szczycie.
Piramidę, która miała symbolizować "pomnik nieznanego żołnierza tureckiego", postawili przy miejscowym meczecie słynni bracia Ali i Juzejr Juzejrow. Ci sami, którzy w ostatnią sobotę triumfalnie obwieścili utworzenie nowej partii - Muzułmańskiego Związku Demokratycznego.
Głosy, że bułgarska konstytucja zakazuje tworzenia partii religijnych, bracia uciszyli stwierdzeniem, że do ich związku mogą wstępować nie tylko muzułmanie, ale "wszyscy, którzy podzielają moralność i etykę islamu". Jednak już dwa dni później przyznali, że będą walczyć o zmianę konstytucji, by zalegalizować partie wyznaniowe.
Czeka ich wyjątkowo trudne zadanie, bo na razie ich partia nie spodobała się nikomu na bułgarskiej scenie politycznej. W kraju przez pięć wieków rządzonym przez osmańską Turcję, gdzie nacjonaliści tradycyjnie odwołują się do antytureckich sentymentów, stworzenie jawnie muzułmańskiej partii, podobnie jak budowa pomnika, musiało wywołać burzę.
Jane Janew, szef prawicowej partii Porządek, Praworządność i Sprawiedliwość, nazwał partię niekonstytucyjną i zapowiedział zgłoszenie sprawy do bułgarskiego
ABW. - Agencja i prokuratura powinny wreszcie przyjrzeć się braciom Juzejrow, którym najwyraźniej marzy się wprowadzenie w Bułgarii radykalnego islamu i którzy są zagrożeniem dla bezpieczeństwa kraju - grzmiał Janew.
Rację przyznał mu sam premier Bojko Borysow, który stwierdził, że "organy prawa powinny zająć się tą sprawą".
Zaniepokojenie sprawą braci wyraził także prezydent Georgi Pyrwanow. - To, co wydarzyło się w ostatnich dniach, to prowokacja przeciwko spokojowi etnicznemu i porządkowi konstytucyjnemu kraju - mówił wczoraj.
Braci skrytykowali nawet członkowie Ruchu na rzecz Praw i Swobód reprezentującego w parlamencie Bułgarów tureckiego pochodzenia. - W tym kraju nie ma miejsca dla partii opartej na kryteriach etnicznych czy religijnych - stwierdził wiceszef Ruchu Lutwi Mestan.
Partia i pomnik to nie wszystkie kontrowersyjne pomysły braci Juzejrow. Kilka miesięcy temu założyli organizację charytatywną, ogłaszając, że będzie to bułgarski Czerwony Półksiężyc. Organizację w czambuł potępił bułgarski Czerwony Krzyż, bo w jednym kraju może istnieć albo Czerwony Krzyż, albo Półksiężyc, ale nigdy obie organizacje naraz.
W środę w siedzibie nowej partii
policja przeprowadziła rewizję. Jednak bułgarski
dziennik "Standart" stwierdził wczoraj w komentarzu redakcyjnym, że cała sprawa jest rozdmuchana przez media, a w Bułgarii nie ma napięć etnicznych. "Napięcia są tylko w głowach naszych polityków. Przecież ci ludzie ledwie mówią po turecku, a co dopiero po arabsku" - przekonują autorzy. - "Nie są w stanie przeczytać Koranu, a mieliby zrobić z z miejscowych męczenników islamu?" - drwi gazeta.