Rozmowa z Krzysztofem Augustyniakiem, ratownikiem górniczym z 17-letnim stażem, o akcji w kopalni Wujek-Śląsk
Tomasz Głogowski: Był pan jednym z pierwszych ratowników z centralnej stacji ratownictwa górniczego w Bytomiu, których wysłano na dół do zabezpieczenia miejsca tragedii.
Krzysztof Augustyniak: To było niesamowite, ale wszystko wyglądało tam tak, jakby nic złego się nie wydarzyło. Kombajn, obudowy, ocios (ściana węgla, którą się kruszy), nawet węże sprężonego powietrza zostały nienaruszone. Wszystko było pokryte pyłem węglowym, ale miałem wrażenie, że wystarczy włączyć prąd, nacisnąć knefel (guzik) i ściana zaraz ruszy. Zrozumiałem, że człowiek jest jednak tym najsłabszym ogniwem. Takim malutkim pyłkiem, który może przegrać z naturą. Maszyny zostały, a ludzie zginęli. Jest to dla mnie trudne, bo byłem też w kopalni Halemba. Tam wyglądało, jakby eksplodowała bomba. Zniszczony chodnik, zburzone tamy i ponad 3-tonowe transformatory, które fruwały w powietrzu. Tu przeszła tylko ognista kula. I był koniec.
Gdy zjeżdżaliście na dół, na powierzchnię transportowano jeszcze rannych?
- Wywożono ostatnich żywych ludzi. Zapakowaliśmy się do klatki i po 4 minutach byliśmy na dole. Od miejsca, gdzie wysiedliśmy, trzeba było przejść jakieś sto metrów do wozów osobowych, które przewiozły nas do bazy ratowniczej. Zgłosiliśmy się do kierownika akcji na dole. Od razu dał nam mapę i wydał polecenie: rozciągnąć linie chromatograficzne. To takie cienkie przewody, dzięki którym próbki powietrza trafiają do aparatury pomiarowej. Dzięki temu wiadomo, jakie jest stężenie metanu, skład powietrza, czy są szkodliwe gazy. Te informacje są bezcenne, bo nie można bez nich prowadzić akcji ratunkowej.
Pracowaliście w maskach tlenowych?
- W takiej sytuacji to obowiązek. Oprócz maski miałem przy sobie XAM 7000, czyli taki specjalny aparat do mierzenia składu powietrza (wykrywa tlen, tlenek węgla, dwutlenek i metan), oraz miernik metanu na wysokie stężenia. Wyszliśmy z bazy i po jakichś 800 metrach doszliśmy już do strefy zagrożenia, czyli miejsca, gdzie eksplodował metan. Poszliśmy przecinką nr 3 i po kolejnych 40 metrach był zakręt w lewo. Tam zauważyłem pierwszą lampkę górniczą, w której migała jeszcze dioda, buty i pokrowiec na lampę. Po kolejnych 60 metrach doszliśmy do czoła ściany (to tzw. przodek, gdzie wydobywa się węgiel) i tu było już czuć spaleniznę. Spojrzałem na aparat. Nie pokazywał żadnych szkodliwych stężeń gazów. Nawet trochę się zdziwiłem, bo warunki były na tyle dobre, że właściwie można by było normalnie oddychać.
A jakie było stężenie metanu?
- Zawsze ufam tylko mojemu osobistemu miernikowi. Pokazywał od 0,5 proc. do 3 proc. (poziom niebezpieczny to powyżej 2 proc.). To się przez cały czas wahało w zależności od miejsca, w którym stałem. Ale w większości miejsc stężenie było już w normie.
Z tego, co pan mówi, bardzo prawdopodobna jest hipoteza, że doszło do czegoś, co przerasta nasze wyobrażenie o zagrożeniu metanowym. Nagle, nie wiadomo skąd, w wyrobisku pojawił się metan i doszło do eksplozji.
- Jestem tylko ratownikiem górniczym, ale rzeczywiście nie wyglądało to na narastające zagrożenie. To musiał być ułamek sekundy... Błysk, kula ognia i niewyobrażalnie wysoka temperatura, w której ludzie nie mieli szans.
Widać było jakieś zniszczenia?
- W chodniku zauważyłem tylko roztrzaskaną przegrodę wentylacyjną. Kawałki drewna i płótna leżały na spongu (podłodze). Natknęliśmy się też na trzy aparaty ucieczkowe, kaski, torby ze śniadaniem i dyskietki. Aparaty ucieczkowe były w całości, widać było, że górnicy nie zdążyli ich nawet otworzyć. Zgodnie z poleceniem niczego nie ruszaliśmy, tylko poszliśmy dalej. W tym momencie dostałem polecenie: sprawdzić, jak są rozmieszczone czujniki metanometrii stacjonarnej.
Czyli słynne czujniki metanu, które według relacji niektórych mediów miały być przewieszane przez górników do wylotu świeżego powietrza?
- Dostrzegłem dwa czujniki: jeden za ścianą, drugi w oknie ściany. Obydwa znajdowały się we właściwym miejscu, czyli w najwyższym punkcie wyrobiska. Jakieś 3,5 metra od spongu, czyli podłoża.
Czyli nikt przy nich nie majstrował?
- Proszę mnie o to nie pytać, bo od tego są komisja i prokurator. Mówię tylko to, co na własne oczy widziałem. Te dwa czujniki były tam, gdzie być powinny. Gdy zameldowaliśmy o czujnikach, kazano nam się wycofać do bazy i przejść tym razem do napędu ściany (miejsca, gdzie wysypywany jest pokruszony ze ściany węgiel). Z głównego chodnika musieliśmy iść przecinką nr 4 aż do skrzyżowania. Tam zauważyłem spalone lutnie (specjalne rękawy zrobione z płótna i gumy ułatwiające wentylację) i właściwie dopiero w tym miejscu było gołym okiem widać, że przeszła potężna fala uderzeniowa. Grube, stalowe drzwi zamontowane w tamach bezpieczeństwa były wgniecione. Tu leżały też aparaty ucieczkowe, ale te były już w większości otwarte. Górnicy mieli jeszcze trochę czasu, aby ich użyć. Gdy doszliśmy do napędu ściany, spojrzałem na kombajn i obudowy. Tu także nie było widać śladów zniszczeń, jakby nic się nie stało. Znalazłem kolejny czujnik metanu. Był cały i znajdował się we właściwym miejscu. Prąd był wyłączony. Nic nie migało, nie piszczało i nie świeciło.
Jest pan ratownikiem od ponad 17 lat, ale nie wierzę, że tam, na dole, ani razu nie poczuł pan strachu.
- To nie strach, ale taki specyficzny stan, kiedy człowiek ma wyostrzone wszystkie zmysły. Nie jestem głupi i wiem, że podczas akcji ratunkowej nie zjeżdżam do wesołego miasteczka, ale do miejsca, gdzie zginęli ludzie. W takim momencie nie mogą trząść mi się nogi, bo jaki byłby ze mnie ratownik. Tam, na dole, jestem odpowiedzialny nie tylko za siebie, ale także za kolegów.
Mówi pan rodzinie o tym, co widział na dole?
- Nigdy nie wtajemniczam żony w szczegóły mojej pracy. Nic by z tego nie miała poza ciągłym zamartwianiem się, że coś mi może grozić. Czasem, szczególnie po takiej katastrofie jak w kopalni Wujek-Śląsk, rodzina więcej dowie się z telewizji niż ode mnie. Jak chcę sobie pogadać, to po pracy spotkam się z kolegami ratownikami na piwie i wtedy mogę wyrzucić, co we mnie siedzi. To działa, bo potem, gdy zjeżdżam na dół do kolejnej akcji, nie ma czasu na sentymenty.
Powiedział pan, że gdy w tamten feralny piątek zjechaliście na dół, specjalnie nie patrzył pan na zabitych górników transportowanych na powierzchnię. Dlaczego?
- Bo to byłaby już niezdrowa ciekawość i brak szacunku. Co by mi z tego przyszło, że zobaczyłbym kolejne poszarpane i spalone ludzkie zwłoki. Ja już się napatrzyłem na zabitych górników, a kilku nawet sam wywoziłem na powierzchnię.
Źródło: Gazeta Wyborcza