http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Google! Ukradliście nam książkę?

Magdalena Kursa, Rafał Romanowski
2009-10-03, ostatnia aktualizacja 2009-10-01 13:41

Amerykańska czytelnia internetowa Google'a - czy to koniec ery Gutenberga?
Amerykańska czytelnia internetowa Google'a - czy to koniec ery Gutenberga?

Harowaliśmy długo, żeby napisać książkę. A kiedy się ukazała, ukradli ją nam. Nie wiemy, kto jest złodziejem. Wiemy, gdzie jest łup. Wisi w internecie. W Google Books


Niby wszystko jak w papierowej książce: okładka, układ stron, spis treści, wstęp, zakończenie. A jednak wszystko dziwnie. Inaczej. Na ekranie komputera czarne litery nagle zrobiły się niebieskie. Zamiast szelestu odwracanych kartek - śmieszna, komputerowa łapka przewija w górę i w dół elektroniczne arkusze. Frazy z tytułami rozdziałów to teraz aktywne linki. W miejscu papierowych marginesów - niewinne reklamy.

Nasza "KRK. Książka o Krakowie" - przewodnik o nowoczesnym obliczu miasta wydany dwa lata temu przez Znak - w wersji elektronicznej. Jako jedna z pierwszych w polskiej wersji Google

Books Search - globalnej czytelni skanowanych książek. Bez naszej wiedzy, bez naszej zgody.

Po prostu jest tam i kropka, dostępna w tej samej sekundzie milionom na całym świecie.

Skąd się tam znalazła - nie wiadomo. Kto i gdzie ją zeskanował, a potem wlepił w sieć - nikt nie ma pojęcia. Jedno jest pewne: na stronie Google Books wpisujesz w okienko tytuł i przed tobą rozlewa się elektronicznie "ożywiony" dokument. Do niedawna papierowa książka. W księgarni za 34 złote. Teraz kosztuje zero.

Osłupieliśmy! Potem byliśmy zadowoleni, potem znów wściekli. Pierwsze pytania, wątpliwości, telefon rozgrzewa się do czerwoności. Zaczynamy się zastanawiać: czym jest Google Books? Ile mają już skanów? Czy chcą zeskanować wszystkie książki świata? Sprawdzamy gorączkowo, kogo już wrzucili do polskiej wersji serwisu. Szymborską? Na razie nie ma. Miłosza, Pilcha, Grocholę? Też nie. O, jest głośny "Donos na Wojtyłę" Marka Lasoty - jeszcze niedawno Znak promował go na billboardach. Jest coś Makłowicza. Teraz wszyscy wisimy w sieci.

7 milionów tomów

Największa na świecie cyfrowa czytelnia, którą Google buduje od czterech lat, budzi ogromne kontrowersje. W dużym skrócie chodzi o to, że w ramach projektu Google Books Search internetowy gigant z Mountain View (siedziba Google'a w USA) zamierza zeskanować i wrzucić do sieci wszystkie dostępne w amerykańskich bibliotekach książki. I stare, i nowe. Oczywiście są tam też pozycje europejskich, w tym polskich, autorów.

Do tej pory zeskanowali już 7 milionów tomów. Z reguły nie pytając nikogo, czy wolno. Po protestach wydawców Google zaproponował umowę, która gwarantuje im 63 proc. dochodów z wykorzystywania książek w sieci. Ci z wydawców, którzy nie chcieli być objęci ugodą, musieli o tym poinformować do 4 września tego roku. Jeśli tego nie zrobili, to - wedle logiki Google'a - automatycznie zgłosili swój akces do programu.

Podczas gdy wydawcy i autorzy mają trudny orzech do zgryzienia, czytelnicy zyskali szansę na nieograniczony dostęp w sieci do książek. "Od białych kruków z biblioteki oksfordzkiej czy harvardzkiej, dostępnych dotąd tylko na miejscu i dla nielicznych, po najnowsze publikacje naukowe z całego świata, w tym także od polskich wydawców - w wersji cyfrowej będzie mógł je znaleźć i przejrzeć internauta z każdego zakątka Ziemi.

W programie Book Search uczestniczy już dwadzieścia tysięcy wydawnictw z ponad 100 krajów, w tym kilka z Polski" - piszą twórcy Google Books Search w specjalnych oświadczeniach dla prasy.

Supermarket z elektronicznymi, dostępnymi (na razie) za darmo książkami lub ich fragmentami zaczyna hulać w najlepsze. Skan naszego KRK, choć wizualnie wygląda jak książka, w czytelni

Google'a jest pięknie "obrobiony", otagowany, podlinkowany. Gdy wybieramy na przykład hasło "kawa", wyszukiwarka błyskawicznie wypluwa fragmenty z opisami najlepszych klubów lub te, w których nasi bohaterowie opowiadają, gdzie im w mieście kawa smakuje najlepiej. W księgarni trzeba było w tym celu przewertować wszystkie wywiady.

Zastanawiamy się, kto ukradł nam książkę.

Google? Wydawnictwo? A może ktoś ze znajomych, komu przypadkowo wysłaliśmy jej cyfrową wersję. Jednym słowem... gdzie siedzi kret?

I kto tu kłamie

Ruszamy ze śledztwem. Przez kilka dni przeżywamy zwroty akcji jak w filmie sensacyjnym.

W internetowej czytelni Google'a obok skanu książki umieszczono napis, że całość wyświetlana jest za zezwoleniem wydawnictwa Znak.

Znak: - To nieprawda.

Google Polska: - Prawda.

Źródło: Duży Format
  • 47 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    37 głosów