Nie. Na obronę ze strony polskiego państwa zasługuje każdy Polak aresztowany za granicą, jeśli są powody, by podejrzewać, że nie będzie miał uczciwego procesu albo że kara, która mu grozi, jest zbyt drastyczna. Na przykład ktoś zagrożony karą śmierci za przemyt narkotyków. Także Polański, który zbiegł z
USA, mając podstawy do obaw, że stronniczy i żądny medialnego rozgłosu sędzia skaże go na karę niewspółmierną do winy. Ale czy wystarczającą pomoc polskiego państwa uzyskał Rafał Pietrzak, bohater głośnego reportażu Marcina Fabjańskiego "Zły dotyk"?
W 1998 r. został skazany w Teksasie na 30 lat ciężkiego więzienia za molestowanie seksualne pasierbicy, mimo że nie potwierdziła tego ani obdukcja, ani zeznania dziecka czy jego matki. Jedynym politykiem, który wykazał poważniejsze zainteresowanie sprawą, był minister sprawiedliwości
Lech Kaczyński, który przyjął matkę Rafała. Inni, mimo że kołatała do wszystkich drzwi, nie zrobili nic.
Ministerstwo Sprawiedliwości wymieniło z USA parę listów w sprawie przekazania skazanego do Polski, by tu odbył karę. Ale te starania spełzły na niczym.
Czy nie można było zrobić więcej? Czy Rafał musiał liczyć tylko na datki Polonii, żeby stać go było na adwokata? Czy teraz nie można przynajmniej zaapelować do gubernatora Teksasu o akt łaski?
Dlaczego minister Sikorski, który teraz z francuskim kolegą Bernardem Kouchnerem pisze do sekretarz stanu USA
Hillary Clinton, nie odpowiedział nawet na list ciotki Rafała? Może talentem Pan Bóg nie obdarzył nas równo, ale w konstytucji równi jesteśmy.
W teorii.