Hollywood, który broni Polańskiego, budował przez lata taką wiarę. Choćby w sławnym filmie Sidneya Lumeta "Dwunastu gniewnych ludzi". Dlatego Amerykanie nie rozumieją oburzenia Europejczyków.
Polański nie bronił się przed sądem, uciekł. I to już jako człowiek, który przyznał się do przestępstwa. Zlekceważył prawo. Przez 30 lat nie walczył o dobre imię, a w tym roku nie stawił się na rozprawie, o którą zabiegali wszak jego prawnicy.
Dla Amerykanów takie postępowanie jest karygodne i bije w ich poczucie sprawiedliwości. Nawet jeśli sędzia prowadzący sprawę 30 lat temu był niesprawiedliwy (a był), to po to istnieje instytucja apelacji.
Polański bywa porównywany do innego celebryty oskarżonego o podobne przestępstwo. I on czuł się ofiarą mediów i nadmiernie ambitnego prokuratora. Mowa o Michaelu Jacksonie oskarżonym w latach 90. o molestowanie nieletnich. Ale Jackson nie uciekł za granicę, choć miał więcej pieniędzy i możliwości. Walczył zaciekle w sądzie. I wygrał.
Mam nadzieję, że Polański jak najszybciej stanie przed sądem w Kalifornii. Na jego korzyść działa wiele okoliczności łagodzących - nieuczciwy sędzia sprzed 30 lat, wybaczenie ze strony ofiary, nienaganne życie w Europie, zaawansowany wiek.
Jestem przekonany, że prowadzący sprawę sędzia uwzględni te okoliczności. I nie skaże go na więzienie albo skaże na symbolicznie krótki pobyt w więzieniu o obniżonym rygorze.
Jeden z moich ukochanych reżyserów będzie mógł wówczas wrócić do pracy jako wolny człowiek. Nawet jeśli sędzia nakaże jego deportację z
USA - co możliwe - to będzie mógł znów kręcić superprodukcje, do czego jest stworzony. To trudne bez amerykańskich pieniędzy. A dziś sfinansowanie jego filmu przez producenta z USA groziłoby oskarżeniem o pomoc zbiegowi.
Ale najpierw Polański musi stanąć przed sędzią. Amerykanie mają rację - przestępstwo musi zostać osądzone.