A jednak sądzę, że najlepszym wyjściem byłoby zakończenie sprawy przed amerykańskim sądem. Inaczej reżyser pozostanie człowiekiem ściganym. Ekstradycja mogłaby się okazać szansą na jego ułaskawienie i prawdziwe uwolnienie.
Za Polańskim przemawia jego porozumienie z Samanthą Geimer (jej przebaczenie i zapewne wypłacone jej odszkodowanie), matactwa sędziego Rittenbanda ujawnione w filmie Mariny Zenovich, wreszcie całe życie reżysera i cierpienia, na jakie został narażony. Okoliczności te muszą uwzględnić amerykański sąd i gubernator Kalifornii, jeśli po ewentualnym wyroku otrzyma wniosek o ułaskawienie.
Wyobrażam sobie, że na sali sądowej towarzyszyliby Polańskiemu przyjaciele, postaci obdarzone publicznym zaufaniem, które dziś bronią go na całym świecie. A także przedstawiciele rządów Francji i Polski, których Polański jest obywatelem.
Brońmy go, pomagajmy mu ze wszystkich sił, ale nie negujmy, że popełnił przestępstwo. Nie ma nic do rzeczy, że 13-latka "sama chciała", ani to, że oskarżony jest wielkim artystą. Jeśli chcemy równego prawa dla wszystkich, dlaczego mielibyśmy wyłączać artystów? Bo ich kochamy?
Prawo bywa stosowane niesprawiedliwie. W latach 70. Ingmar Bergman, duma Szwecji, został oskarżony o przestępstwo podatkowe. W obawie przed więzieniem opuścił kraj. Wrócił, gdy oskarżenie oddalono. Było niesłuszne. Ale musiał to uznać inny niezawisły sąd.
Ewentualny proces Polańskiego na oczach świata byłby - wierzę mocno - jego ostatecznym zwycięstwem. Przyniósłby mu wolność.
Źródło: Gazeta Wyborcza