Larisa Ismailova była pewna, że w Łomży można spokojnie żyć. Rodzina powoli się aklimatyzowała. Mąż latem pracował przy zbiorze owoców, ma polskich znajomych. Dzieci odwiedzały kolegów z klasy. Rodzina dogadywała się z sąsiadami. Teraz Larisa myśli, jak powiedzieć mężowi: - Uciekajmy! Do Warszawy. Dokądkolwiek.
W piątek przyszły do niej trzy koleżanki. Było już ciemno, gdy się rozchodziły. Larisa postanowiła odprowadzić Ayzan Nukaevą. Do głowy im nie przyszło, że nadbiegający mężczyzna w ciemnym dresie i w kapturze może im zrobić krzywdę. - Zrównał się z nami, stanął przed Larisą i zaczął jakby boksować - opowiada Ayzan. -Myślałam, że to żarty. Ale ona upadła. Za chwilę sama dostałam w twarz. Byłam na kolanach, a on ciągnął za chustę i krzyczał: "Taliban, wracaj do Czeczenii!". Prysnął nam czymś w twarze.
- Kiedy uciekł, podbiegło dwóch chłopaków. Przeraziłam się, że to ta sama banda, ale podnieśli nas z ziemi. Zadzwonili po policję i czekali, aż przyjedzie. Dobre dzieci - mówi Larisa.
Siniaki jeszcze nie zeszły z twarzy kobiet. Od piątku nie wychodzą na ulicę. Pozbierać się pomaga im psycholog z fundacji Ocalenie. Sprawcy pobicia na tle rasistowskim -
policja nie ma wątpliwości - jeszcze nie złapano.
W63-tys. Łomży żyje kilkaset czeczeńskich rodzin. W samym ośrodku, który istnieje od siedmiu lat, mieszka 189 rodzin. 150 wynajmuje
mieszkania, szukają pracy. Objęci są tzw. ochroną uzupełniającą, która umożliwia legalny pobyt w Polsce i daje prawo do rocznego programu integracyjnego finansowanego przez państwo. Urząd ds. Cudzoziemców wskazuje im jednak miejsce, w którym w tym czasie muszą przebywać.
Czeczeni w Łomży nie sprawiali kłopotów, od lipca policja odnotowała tylko trzy drobne interwencje - ktoś pił alkohol w miejscu publicznym, ktoś zakłócał porządek.
Wydawało się, że Czeczeni zostali zaakceptowani. Ale tydzień temu w regionalnych mediach poseł
PiS Lech Kołakowski ogłosił, że wystąpił do prezesa Urzędu ds. Cudzoziemców o "wszczęcie likwidacji ośrodka dla uchodźców w Łomży". Argumentował, że "długotrwała lokalizacja ośrodka powoduje wiele problemów, których społeczność łomżyńska nie będzie w stanie rozwiązać".
Likwidacja "ma na celu zapobieżenie tworzeniu się swoistych enklaw uchodźców".
Kołakowski twierdzi, że kieruje się opiniami wyborców, którzy prosili o interwencję w sprawie Czeczenów. Czeczeni uważają, że to jego własny pomysł. I że to poseł wywołał atak agresji przeciwko nim. W miejskim portalu www.4lomza.pl pojawiły się głosy nienawiści: "Panie Kołakowski, brawo! Jest pan wyrazicielem opinii wielu normalnych kochających porządek i spokój mieszkańców miasta. Czeczen to bandzior, typ istoty, która nigdy nie zaadaptuje się w naszym kraju".
"Nie trzeba będzie nas zabierać z Łomży - wyjedziemy sami, będziemy dobrze wspominać żyjących tu ludzi. I życzyć im, by nigdy nie udało się zasiać w ich sercach nienawiści do innego, do obcego" - mówią Czeczeni
Już po pobiciu kobiet inny internauta napisał: "To nie był ostatni atak na pewno. Wielu ludzi jest przeciwko Czeczenom, w tym ja również. Dojdzie do tego, że w mieście wybuchną ostre zamieszki".
W odpowiedzi zradykalizowali się młodzi Czeczeni z ośrodka. Tuż po napadzie zapowiadali, że "sami zrobią porządek" i potrafią "zapewnić swoim rodzinom spokój". Wyglądało groźnie, bo dla Czeczenów obraza ich kobiet to plama na honorze. Ostatecznie odpowiedzieli posłowi. Pod listem do niego podpisało się dotychczas 71 osób. Apelują o takie zmiany w przepisach, by mogli swobodnie wybierać miejsce do życia, gdzie łatwiej o pracę i mieszkanie. "Wtedy nie trzeba będzie nas zabierać z Łomży -wyjedziemy sami, będziemy dobrze wspominać żyjących tu ludzi. I życzyć im, by nigdy nie udało się zasiać w ich sercach nienawiści do innego, do obcego".
Kołakowski nie chciał rozmawiać z "Gazetą". Po napadzie podkreślał, że "nie jest przeciwnikiem uchodźców, chciał tylko ukazać problem, który od miesięcy narasta w Łomży". Nie łączy napadu ze swoją inicjatywą. Satsita Khumaidova, która w Polsce mieszka od sześciu lat: - Poseł nie jest byle człowiekiem z ulicy. To jawne przyzwolenie władz na czystki!