http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Lekarze: Górnicy na nas nie czekali

Anna Malinowska
2009-09-29, ostatnia aktualizacja 2009-09-28 20:35

Rozmowa z dr Beatą Masłowską-Król i dr. Jerzym Królem, lekarzami, którzy pierwsi udzielali pomocy rannym w wybuchu metanu górnikom.

Karetka wywozi górników rannych w kopalni Wujek-Śląsk
Fot. Grzegorz Celejewski/Agencja Gazeta
Karetka wywozi górników rannych w kopalni Wujek-Śląsk
Cała Polska była oburzona, że karetki zostały wezwane za późno. Mówiło się, że poszkodowani górnicy musieli czekać na pomoc. Nawet premier zażądał wyjaśnień.

Beata Masłowska-Król: To bardzo przykre. Nas, lekarzy, którzy pierwsi udzielali pomocy, nikt nie zapytał, jak było naprawdę.

Do wybuchu doszło o godz. 10.15. O której dostaliście informację, że jest wypadek?

Jerzy Król: A czy pani patrzy na zegarek, gdy dzwoni szef, bo coś ważnego się zdarzyło? Nikt nie zwracał uwagi na godzinę. Ja pracuję w przychodni w pobliskiej kopalni Polska-Wirek. Dostałem wiadomość, że mam jechać na Wujek-Śląsk. Dwa kilometry pokonałem autem w kilka minut. Żona pracuje w przychodni na Wujku-Śląsku. Właśnie dojeżdżała do pracy, kiedy do niej dzwonili. Gdy wbiegłem na kopalnię, na podszybiu przy windzie czekał już jeden lekarz i pielęgniarka z tej kopalni. W punkcie medycznym były też pielęgniarki. Trudno powiedzieć, jak długo czekaliśmy na pierwszego rannego górnika.

Beata Masłowska-Król: - Pobiegłam na punkt medyczny. Po dłuższej chwili wniesiono na noszach pierwszego poszkodowanego. Był mocno poparzony, krzyczał z bólu. Od razu dałam mu zastrzyk przeciwbólowy, na rany założyłam jałowe opatrunki, nawilżyliśmy mu twarz, głowę, ręce. Próbowaliśmy podłączyć kroplówkę. Udało nam się wkłuć do nogi, tam gdzie nosił kalosze. Żeby nie wychłodzić organizmu, rannego przykryliśmy kocem. Gdy skończyłam go opatrywać, na sali było już trzech doktorów i pięć pielęgniarek.

Było już wiadomo, jaka jest skala tragedii?

Beata Masłowska-Król: - Absolutnie nie. Do wypadku doszło przed południem, wielu lekarzy było w pobliżu, w gabinetach w kopalnianej przychodni. Nikt nie wiedział, ilu może być rannych. Dopiero jak zaopatrzyliśmy pierwszego górnika, zaczęło się piekło. Ranni trafiali do punktu medycznego, gdzie układaliśmy ich najpierw obok siebie na noszach. Każdy musiał dostać zastrzyk przeciwbólowy, wykonywaliśmy podstawowe zabiegi. W tym czasie z miasta przyjechały karetki, do których kierowaliśmy rannych. Pierwszeństwo mieli ci najbardziej poszkodowani, ale karetek było tak dużo, że nikt nie czekał.

Pan znalazł się na dole. Jak?

Jerzy Król: - Zadzwonił dyspozytor. Poprosił, żebym zjechał do rannych na dół. Zgodziłem się, bo na powierzchni była wystarczająca liczba lekarzy. Przebrałem się i wsiadłem do windy. Na dole było strasznie. Cały transport był zabezpieczony do przewozu rannych, razem z behapowcem musiałem biec chodnikiem półtora kilometra. Po drodze spotkałem grupę ratowników z rannymi górnikami. Sprawdziłem ich stan. Czterech nie żyło. Z dwoma rannymi rozmawiałem. Poleciłem jak najszybciej odtransportować ich na powierzchnię. Ruszyłem dalej do miejsca wybuchu. Było coraz ciaśniej, ciemniej i cieplej. Pod ścianą była grupa zwykłych górników, reanimowali siedmiu kolegów. Robili masaż serca, sztuczne oddychanie. Na nic. U wszystkich stwierdziłem zgon. Przekonywali mnie, że wyczuwają puls, że trzeba ich jeszcze raz zbadać... Tej chwili nie zapomnę do końca życia. I głosów: "Panie doktorze, on oddycha, ja coś tu czuję!"...

Beata Masłowska-Król: - Na górze też było strasznie. Wśród poparzonych rozpoznawałam znajome twarze. Ci chłopcy to byli moi pacjenci.

Proszę ocenić przebieg akcji ratunkowej.

Beata Masłowska-Król: - Kopalnia to miejsce specyficzne. To nie tak, że z jakiejś dziury w ziemi trzeba powyciągać rannych. Ratownicy muszą zadbać o własne bezpieczeństwo. W chodnikach jest ciemno, ludzie byli porozrzucani. W windzie zmieści się tylko para noszy z poszkodowanymi. To wszystko trwa. Górnicy byli wynoszeni po kolei. Nie było zastoju. Najpierw jeden mężczyzna, a potem cały czas jeden po drugim, bez przerwy. Jeśli ktoś mówi, że tym ludziom nie udzielono natychmiastowej pomocy, powinien najpierw zrozumieć, czym jest kopalnia, a później sprawdzić, jak było naprawdę.

W kopalni wciąż dyżuruje jedna karetka. Od początku była na miejscu, a kolejne sukcesywnie nadjeżdżały.

Jerzy Król: - Jakaś lekarka mówiła w telewizji, że górnicy czekali na pomoc, że leżeli na ziemi pokotem, polewani wodą. Myślę, że w przypadku tej osoby zadziałały emocje. Nie każdy lekarz ma na co dzień do czynienia z takim ogromem cierpienia, z tyloma ciężko poparzonymi ludźmi. Niejeden przepracuje całe życie i nigdy czegoś podobnego nie zobaczy.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':