Według "Die Welta" Müntefering zapowiedział swoje odejście na wyraźne żądanie szefowej młodzieżówki oraz szefowej SPD w Dolnej Saksonii. Miał wówczas powiedzieć, że na listopadowym zjeździe partii nie będzie kolejny raz kandydował na przewodniczącego, bo czuje się odpowiedzialny za wyborczą porażkę. W niedzielę na SPD zagłosowało zaledwie 23 proc. Niemców. To fatalny wynik, tym bardziej, ze w ciągu 4 lat poparcie dla partii skurczyło się o jedną trzecią.
Spekuluje się, że na funkcji szefa partii zastąpi go Frank Walter Steinmeier, dotychczasowy wicekanclerz i szef
MSZ, który w wyborach był głównym kandydatem socjaldemokratów. Steinmeier ma być też szefem frakcji czerwonych w Bundestagu. Nie wiadomo jednak, czy Steinmeier długo utrzyma się na stołkach, bo wściekły espedowski aparat chce dalszych rozliczeń, a na liście winnych za porażkę jest też jego nazwisko.
Dziś rano Steinmeier ostrzegał wprawdzie partyjnych towarzyszy by w rozliczeniach nie szli za daleko. - Nie twórzmy trybunałów rewolucyjnych - mówił. Szykowany przez lewe skrzydło SPD na jego następcę burmistrz Berlina Klaus Wowereit odpowiedział mu, że z wyborów trzeba wyciągnąć wnioski bez żadnych tabu.