- W swoim gronie nie mieliśmy hamulców. Gdy część prawdy o tym, co się działo, wyszła na jaw razem ze zdjęciami moich heilujących kolegów, dziennikarze zapytali, czy się wstydzę. Odpowiedziałem szczerze: tak.
Przeprosiłem jako jedyny, choć sam nie hei-lowałem. A koledzy przekonywali prasę i telewizję, że to nie było pozdrawianie Hitlera, tylko zamawianie piwa...
Tyle razy mówiliśmy: wszechpolak nie kłamie. To oni kłamią, ludzie systemu. Patrzyłem na te piwiarniane fotografie w gazetach i robiłem rachunek sumienia. Jak mnie postrzegają ludzie? Jako faszystę, który po pijaku hołubi hitlerowców. Tych samych, którzy zabili moją ciężarną babcię.
A przecież jestem kimś innym. Urodziłem się w Nowej Hucie w 1976 roku. Rodzice przyjechali tu ze wsi spod Sandomierza.
Mama: położna, córka szanowanego chłopa, po wojnie prezesa Banku Spółdzielczego. Pracowała w przychodni Na Skarpie, organizowała położnictwo w Szpitalu Żeromskiego. Zwolniona w redukcji z lat 90. Dzisiaj na marnej emeryturze.
Tato był komunistą. - Podczas okupacji przeżył śmierć swojej matki. Powtarzał, że to komuna dała mu pracę murarza i mieszkanie, choć jeszcze cztery lata po wojnie nawet butów nie miał.
Pił? - Umiarkowanie jak na murarza. Czasem ostro, ale z klasą. Nie był agresywny, ale też niespecjalnie wylewny. Twardziel. Komunę opuścił wcześniej, podobnie jak nas i Nową Hutę. Pracował na saksach: w Iraku, Libii, Austrii. Zmarł siedem lat temu w Wiedniu, śmiercią prawdziwego murarza. Aorta pękła mu na rusztowaniu.
Ile was było, rodzeństwa? - Troje. Ja najmłodszy. Odkąd sięgam pamięcią, kochałem historię. W szóstej klasie podstawówki trafiam na wyjątkowego nauczyciela historii. Fascynują mnie jego opowieści o różnicach w pojmowaniu polskości w trzech zaborach, o ruchach narodowych, przede wszystkim - o Dmowskim.
Odtwarzamy na lekcjach konferencję wersalską. Przypada mi rola Dmowskiego i wygłaszam przed klasą jego legendarne przemówienie. Chłonę wszystko, co dotyczy ruchu narodowego.
W 1989 razem z nowohucką młodzieżą demoluję budkę milicji i malujemy znienawidzony pomnik Lenina. Później takie obrazy: podwórka zapełnione sfrustrowanymi dzieciakami bezrobotnych rodziców. Tłumy punków, skinheadów, metalowców i kiboli. Picie, ćpanie. Życie beznadziejnymi problemami naszych starych. Wali się ich świat i nasz świat.
Coraz mniej we mnie naukowych ambicji. Chciałbym po prostu mieć pracę. Po podstawówce wybieram szkołę gastronomiczną. Teraz najważniejsze są młyn Hutnika i
muzyka Acid Drinkers.
Jarocin 1991, niezapomniane uczucie. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi - większość z tymi samymi problemami. Na naszych osiedlach jesteśmy znienawidzoną przez społeczeństwo mniejszością. W Jarocinie tworzymy siłę, nikt nam nie podskoczy. To mi się podoba.
Nie zostaje pan jednak blokersem. - Tylko dzięki uporowi mamy trafiam do liceum w 1993. Znowu mam szczęście do nauczyciela historii. Tym razem to Piotr Boroń, później senator
PiS. Patriota, idealista, traktuje pracę jak misję. Budzi się moja uśpiona miłość do historii. Jednocześnie zaliczam koncerty, mecze, balangi.
Organizm nie wytrzymuje.
Zapalenie opłucnej z ciężkimi komplikacjami. Sanatorium w Zakopanem. Dopiero tam, odizolowany od kolegów, zaczynam dużo czytać. Pożeram wszystko, co wpada w ręce. Od Waryńskiego do Robespierre'a. Siedzę tak w książkach do końca liceum. Czytam między innymi o Młodzieży Wszechpolskiej. Coś dla mnie!
Jest adres sekretariatu krajowego w Warszawie. Piszę list. Krótko o sobie, o swojej fascynacji ruchem narodowym, o chęci działania. Odpisuje mi Wojtek Wierzejski, późniejszy poseł
LPR. Podaje mi namiary w Krakowie.