Susze nawiedzały tę część Afryki od zawsze, ale jeszcze pół wieku temu zdarzały się raz na dziesięć lat. Od ćwierć wieku skąpe w opady pory deszczowe stały się częstsze, co specjaliści od klimatu tłumaczyli globalnym ociepleniem. Od końca ubiegłego stulecia susze stały się już czymś zwyczajnym, przychodzą co dwa-trzy lata.
Tegoroczna susza nie jest gorsza od tej z 2005 r. czy 2000 r., ale może wywołać tragiczniejsze skutki. Wyniszczonym przez wcześniejsze susze ludziom i ich stadom coraz trudniej stawiać czoła nowym kataklizmom. "Jeden rok nieurodzaju da się jeszcze jakoś przeżyć, ale trzech z rzędu chudych lat - już nie" - ostrzegła dobroczynna organizacja CARE.
"Nie ma wody, nie ma ani kropli" - załamują ręce pasterze, którzy ściągają do uchodźczych obozowisk wzniesionych przed laty na pograniczu Kenii oraz Etiopii, Somalii i Sudanu dla ludzi uciekających przed tamtejszymi wojnami i klęskami głodu. Nowi uchodźcy, ratujący się przed suszą i głodem, opowiadają o wysychających studniach i rzekach, o pastwiskach spalanych przez słońce na popiół, zielonych sawannach przemienionych w zarośla kolczastych akacji. I szkieletach krów, kóz, a nawet wielbłądów znaczących pasterskie szlaki.
Nielicznych bogaczy stać na wynajęcie ciężarówek, by odesłać stada na zielone pastwiska wokół Mombasy albo sprowadzić im paszę aż z Nairobi. Biedacy, by ratować wymierające stada, pędzą je przed siebie w nadziei na znalezienie wodopojów i pastwiska. W drodze grożą im wojownicy z wrogich ludów, z którymi od wieków toczą sąsiedzkie wojny o stada, kobiety, wodę i ziemię. A także rabusie, czyhający, by odebrać nieszczęśnikom resztki dobytku. A nawet jeśli docierają w końcu do oaz, gdzie nie brakuje wody, nikt nie wita ich z otwartymi rękami, lecz przepędza. Najbardziej zdesperowani pasterze, nie mogąc znaleźć ratunku w spokojnej, północnej Kenii, zawracają, by szukać szczęścia nawet w pogrążonej w wojnie domowej i bezprawiu Somalii.
O wodę ludzie walczą nie tylko między sobą, ale też z dzikimi zwierzętami. Uciekinierzy z obozowisk wokół kenijskiego Marsabitu opowiadają o hienach, które wyczuwszy zbieraną w kadziach wodę, nie bojąc się nawet ognia, podkradają się do ludzkich osad, porywają małe dzieci. Straciwszy swoje pastwiska, pasterze, nie bacząc na zakazy i niebezpieczeństwa, zaganiają stada do parków narodowych. W Tsavo i Samburu bydło i kozy walczą o przetrwanie ze słoniami, żyrafami i antylopami. Strażnicy z obu parków, a także z okolic góry Kenya opowiadają o dziesiątkach padłych z pragnienia i głodu słoni.
Zwierzęcych zwłok w parkach narodowych jest tak wiele, że czyhające zwykle na padlinę lwy, hieny czy sępy, mając taki dostatek pożywienia, pozwalają szczątkom gnić na słońcu. Ale zwierzęta, nie mogąc znaleźć wody w parkach narodowych, szukają jej na terenach zajmowanych przez ludzi i plądrują ich ubogie poletka.
Marne deszcze sprawiły, że chłopi we wschodniej Afryce po raz kolejny rok z rządu zebrali gorsze niż zazwyczaj plony. Agronomowie przewidują, że w ciągu najbliższych dziesięciu lat produkcja żywności zmniejszy się w Etiopii, będącej spichlerzem tej części kontynentu, o połowę. Mniej żywności i brak wody sprawiają, że stają się one coraz droższe - w porównaniu z zeszłym rokiem woda zdrożała czterokrotnie, kukurydza - ponaddwukrotnie.
Na domiar złego susza pogrążyła kraje wschodniej Afryki, zależne są od prądu pochodzącego z elektrowni wodnych, w ciemnościach. Wysychające jeziora, rzeki i zapory wodne sprawiły, że reglamentację prądu wprowadzono w tym roku nie tylko w Etiopii czy Tanzanii, ale nawet w kenijskim Nairobi, gdzie w uboższych dzielnicach prąd wyłączany jest na trzy dni w tygodniu.
Dopiero gdy pogasły światła w stolicy Kenii, tamtejsi politycy przejęli się losem największej w tej części Afryki tropikalnej dżungli Mau, rabunkowo wycinanej przez bogaczy pod farmy i wypalanej przez biedotę na węgiel drzewny. Obrońcy środowiska przeklinają kenijskie władze, że dopuszczając do zniszczenia jednej czwartej dżungli, doprowadziły do ekologicznej katastrofy. Las Mau był bowiem nie tylko płucami wschodniej Afryki, ale też źródłem jej zaopatrzenia w wodę. Z 12 dużych rzek, biorących swoje źródło w Mau, pięć zasila jezioro Wiktorii, cztery jezioro Nakuru, a po jednej jeziora Turkana, Baringo i Natron. W tym roku poziom wody w jeziorze Nakuru spadł tak bardzo, że trzeba było pompować do niego wodę, by ratować zbierające się nad jego brzegami stada flamingów.
Meteorolodzy zapowiadają na październik i listopad ulewy. "Jeśli tak się nie stanie, czeka nas katastrofa" - ostrzega premier Kenii Raila Odinga. Ulewne deszcze mogą jednak okazać się dla wschodniej Afryki nie zbawieniem, lecz kolejnym dopustem bożym. W ostatnich latach deszcze są krótsze, lecz znacznie gwałtowniejsze i powodują kolejne spustoszenia - powodzie, błotne lawiny i zarazy dziesiątkujące ludzi i stada.
"Niewątpliwie mamy do czynienia ze skutkami zmian klimatu " - orzekł Charles Erhart z organizacji dobroczynnej CARE. "Choć Afryka najmniej winna jest globalnemu ociepleniu, najbardziej cierpi z jego powodu" - narzeka przewodniczący Unii Afrykańskiej Jean Ping.
Według CARE, a także Światowego Programu Żywnościowego (WFP) tegoroczna susza sprawiła, że we wschodniej Afryce już dziś 20 mln ludzi potrzebuje pomocy, a jeśli jej nie otrzyma, stanie w obliczu klęski głodu. Pomocy żywnościowej potrzebuje już połowa 8-milionowej Somalii, pogrążonej od 1991 r. w bezkrólewiu, wojnach domowych i bezprawiu. ONZ nazywa Somalię największą humanitarną katastrofą ostatnich dwóch dekad. Pozostali potrzebujący pomocy pochodzą jednak z krajów uchodzących w ostatnich latach w Afryce za symbol sukcesu - w Etiopii pomocy żywnościowej potrzebować będzie prawie 8 mln ludzi, w Kenii - 4 mln, w Ugandzie - 1 mln.
Zachód, zaprzątnięty kryzysem finansowym i wojnami w Afganistanie i Iraku, tym razem pozostaje głuchy na apele ONZ o pomoc. WFP narzeka, że nie dostał nawet dziesiątej części pieniędzy na ofiary suszy. Zwolennicy teorii spiskowych twierdzą, że Zachód skąpi pieniędzy, ponieważ klęska żywiołowa dotknęła regiony zamieszkane przez muzułmanów lub rządzone przez przywódców, którzy wypadli ostatnio z łask Zachodu. Władcy Ugandy i Etiopii oskarżani są dziś o dyktatorskie zapędy, a rządzący Kenią, regionalnym mocarstwem - o korupcję.
Źródło: Gazeta Wyborcza