http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wojenka z Sikorskim

Marcin Bosacki, Waszyngton
2009-09-28, ostatnia aktualizacja 2009-09-27 23:49

Barack Obama
Barack Obama
Fot. Charles Dharapak AP

Czy Barack Obama wydzwaniał do premierów Polski i Czech po nocy, a potem ogłosił na chybcika 17 września decyzję o tarczy antyrakietowej z powodu Radka Sikorskiego? Najwyraźniej wierzy w to część doradców Obamy.

Było tak. 15 września Obama podjął decyzję, że z planów Busha się wycofa (wcześniej opcję Busha, o czym "Gazeta" pisała 29 sierpnia, wykluczyli jego doradcy). 16 września trójka wiceministrów wyleciała do Polski i Czech na konsultacje. Dopiero po nich chciano podać decyzję do wiadomości.

Jednak po godz. 18 (północ w Polsce), gdy wysłannicy już lecieli, Obama zaczął wydzwaniać do Czech i (bezskutecznie) do Polski, a następnego ranka zorganizowano na chybcika jego wystąpienie i konferencję ministra obrony Roberta Gatesa. Dlaczego?

Poważny blog Politico.com podał, że 16 wieczorem do zmiany planów ekipę Obamy zmusił Radek Sikorski, "były ekspert AEI [instytutu badawczego amerykańskiej prawicy], który dowiedziawszy się o przyjeździe delegacji z USA, zaczął wydzwaniać do przyjaciół w Waszyngtonie mocno popierających plany budowy tarczy".

Według innych źródeł gorączkę 16 września wywołały przecieki w Kongresie USA, wieści Politico można by więc zlekceważyć. Ale w poniedziałek praktycznie potwierdziła je zastępca sekretarza obrony Michele Flournoy w wywiadzie dla The Cable, blogu o dyplomacji, który w Waszyngtonie czytają wszyscy.

Flournoy, która była w Warszawie, wstrzymała się ze słowem "Sikorski", ale oświadczyła: "Stało się tak, bo z naszych konsultacji za granicą poszły przecieki z błędnymi informacjami o planie [Obamy]". Już od siebie Cable dodał: "Flournoy sugeruje, że może być coś na rzeczy w plotkach o Sikorskim". Dowodem ma być to, że pierwsze o wyprawie dyplomatów bliskiej decyzji Obamy podały blogi AEI i tygodnika "Weekly Standard", który mieści się piętro wyżej.

Jeden z demokratycznych ekspertów od polityki zagranicznej zwrócił mi od razu uwagę, że Flournoy "poszła do Cable", gdy na internetowej stronie "Washington Post" pojawił się komentarz Anne Applebaum, żony Sikorskiego, chłoszczący Obamę za lekceważenie Europy i Polski. Applebaum porównuje tam Obamę do Busha - a dla Demokratów nie ma gorszej zniewagi.

O Anne Applebaum, jednej z najlepszych w USA znawczyń świata i Europy zwłaszcza, można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest "żoną swojego męża" i że mogła napisać tekst na jego prośbę. Ważne jest jednak to, że - jak mówi mi inny demokrata - tak uważa część otoczenia Obamy.

Część doradców Obamy i Clinton zawsze odnosiła się do Sikorskiego z niechęcią z powodu jego prawicowych koneksji waszyngtońskich, ale większość uważała go za pragmatyka, z którym da się robić interesy. Teraz - jak mi mówi kilka źródeł - to się w pewnej mierze zmieniło. - Od 16 września kilka poważnych osób w rządzie jest na waszego ministra naprawdę wkurzonych. Mamy wojenkę z Sikorskim - słyszę.

Jak to było z telefonami Sikorskiego - nie wiemy. Mnie przekonują zapewnienia dobrego źródła w naszej dyplomacji, że Sikorski nie mógł dokonać tego przecieku, bo 16 wieczorem nic jeszcze nie wiedział - dowiedział się 12 godzin potem, gdy Flournoy i spółka w Warszawie z nim rozmawiali. Ale równie ważna co prawda jest percepcja. A ta u ludzi Obamy jest taka, że telefony Sikorskiego były.

Nie sądzę, by cała sprawa zaważyła na relacjach polsko-amerykańskich. W stosunkach między państwami liczą się interesy, nie sympatie. Ale te drugie też są ważne. Myli się ten, kto myśli, że zasada "załatw to Józkowi, bo lubi go Kazio" ma znaczenie tylko w polityce polskiej. Polska dyplomacja ma dziś tu, niestety, opinię tej, którą lubi wielu Kaziów republikańskich, a zbyt mało Kaziów demokratycznych.

Potwierdza to list Stevena Billeta, politologa z Uniwersytetu George'a Washingtona w sprawie polskiego lobbingu w USA. Większość jego tez to niedający się obronić atak na polską dyplomację: że wydaje na płatny lobbing za dużo (nieprawda, Turcja wydaje dziesięć razy więcej, tyle samo wydaje Erytrea) albo że poza lobbingiem nie robi nic. Ale w jednym Billet ma rację - zatrudnianie lobbystów republikańskich wzmacnia tu wrażenie, że Polska gra do jednej bramki.

To nie jest cała prawda, bo np. w Kongresie robi furorę zatrudniony niedawno pierwszy w historii pracownik ambasady RP - obywatel USA, były lobbysta i demokrata. Ale ogólne wrażenie lewicy, która rządzi Waszyngtonem, jest, jakie jest.

Myślę, że minister Sikorski świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Byłoby bez sensu, gdyby zaczął zmieniać życiorys czy przyjaciół, ale coś zrobić powinien. Gdy po ogłoszeniu decyzji o tarczy Obama zbierał ciężkie razy w prasie i Kongresie, dostał od bliskiego mu publicysty "Time'a" radę: "Teraz nie zaszkodziłoby kilka sukcesów dyplomacji...". Ja mam dla Sikorskiego, który za miesiąc przyjeżdża do Waszyngtonu, radę równie odkrywczą: nie zaszkodziłby jakiś gest wobec Demokratów.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 30 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    49 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':