O nielegalnym procederze w publicznych przedszkolach mówiło się w Warszawie od lat. Po cichu. Głośniej zrobiło się w lipcu tego roku. Wtedy, po kontroli ratusza, odwołano dyrektorkę Przedszkola nr 352 na Ursynowie. Kontrolerzy ujawnili, że brała pieniądze od firmy organizującej dodatkowe płatne zajęcia w tym przedszkolu. Według umowy, którą zawarła z firmą, za nadzór, czyli coś, co i tak należy do jej obowiązków, oraz za zbieranie raz w miesiącu pieniędzy od rodziców. Dyrektorka dorabiała w ten sposób 4,8 tys. miesięcznie. Kierowniczka gospodarcza tego przedszkola była jednocześnie księgową firmy organizującej zajęcia dodatkowe.
Sprawa wyszła na jaw, bo instruktorzy z tego przedszkola zawiadomili biuro edukacji. Gdyby nie przerwali milczenia, nikt nie sprawdziłby, jak przepływają pieniądze za płatne zajęcia. W skali miasta to setki tysięcy złotych miesięcznie - kompletnie poza kontrolą.
Instruktorzy mówią
Spotkałem się z kilkoma instruktorami rytmiki i angielskiego. Wszyscy mają umowy z firmami pośredniczącymi w zatrudnianiu w przedszkolach takich jak oni fachowców. Pracują w różnych dzielnicach. Twierdzą, że to, co robiła zwolniona dyrektorka, jest normą w prawie wszystkich przedszkolach w stolicy. - Na palcach można policzyć dyrektorki, które nie biorą haraczy za wpuszczenie firm-pośredników - mówi jedna z rytmiczek. Wylicza, że w średnim przedszkolu z setką dzieci za rytmikę rodzice płacą miesięcznie ok. 2,5 tys. zł. - Dostaję z tego 1 tys. brutto. Pośrednik bierze 15 proc. Reszta to prowizja dyrektorki - twierdzi.
Tak jak pozostali moi rozmówcy prosi o anonimowość.
W Warszawie jest ponad 300 publicznych przedszkoli. W każdym są zajęcia dodatkowe: angielski, rytmika, gimnastyka korekcyjna, taniec. W niektórych także karate, tenis, ceramika, origami. Zajęcia nie są obowiązkowe, płacą za nie rodzice. Ale chętnie zapisują dzieci, bo lekcje odbywają się w przedszkolu, więc nie trzeba z dzieckiem jeździć po mieście. Uważają też, że jeśli nie zapiszą dziecka na angielski czy rytmikę, to będzie postrzegane jako gorsze.
W zależności od zajęć i dzielnicy rodzice płacą ok. 25-35 zł miesięcznie za przedmiot.
- Miałem już zajęcia w ponad 20 przedszkolach. Wszędzie było tak samo - opowiada anglista. - Dostaję niecałą połowę pieniędzy, które płacą rodzice. Pośrednik 15-20 proc. Reszta to dola dyrektorki, czasem też intendentki, która w godzinach pracy zbiera pieniądze za te zajęcia. To trwa od lat.
- Nauczyciele okradają nauczycieli - mówi inny anglista. - Pośrednicy biją się między sobą, by wejść do przedszkola. Wchodzi ten, który więcej odpali dyrektorce.
Rytmiczka: - Byłam pewna, że to pośrednicy nas kantują. Ale ci zaczęli sypać, że taki jest system. Jeżeli ktoś nie godzi się, nie pracuje.
Gdzie idą te pieniądze?
Pośrednicy to najczęściej jednoosobowe firmy z siedzibą w mieszkaniach. W internecie podają adresy mailowe, rzadko telefony.
Paweł Brzeziński prowadzi jednoosobową firmę Bel-Art, która zajmuje się wysyłaniem instruktorów na zajęcia dodatkowe. Biznes przejął po matce, kiedy ta została dyrektorką publicznego przedszkola. Pytam go o prowizje, o to, jak wygląda wybór pośrednika przez dyrektora. - Kwestie finansowe są poufne. Nie będę tłumaczyć, jak współpracuję z dyrektorami przedszkoli. Mogłaby to wykorzystać konkurencja - ucina.
Zdaniem instruktorów jednym z największych w Warszawie pośredników jest Towarzystwo Krzewienia Kultury Fizycznej "Ognisko Muranów".
W małym pokoiku w piwnicy bloku na Muranowie siedzą dwie starsze panie. Wyszukują instruktorów. Nie mają komputerów. Wszystko zapisują w notesie. Przedstawiam się jako anglista po licencjacie, z praktyką wychowawcy na koloniach. - Wystarczy - rzuca Teresa Szewczyk. - Mam w jednym przedszkolu trzy grupy, w drugim dwie. Tłumaczy, że w grupie jest 12 dzieci. Pytam, ile zarobię. Pośredniczka podlicza: 20 proc. prowizji dla nich. Z niej opłacana jest też sala w przedszkolu (ok. 150 zł miesięcznie). Za pięć grup dostanę ok. 850 zł na rękę.
Tymczasem rodzice każdego dziecka za angielski płacą średnio miesięcznie ok. 30-32 zł. Kiedy o tym wspominam, pośredniczka zmienia temat.
Instruktorzy twierdzą, że w rzeczywistości grupy są większe - 15, 18-osobowe. Ich zdaniem pośrednicy celowo zaniżają liczbę dzieci w grupie, żeby początkujący nauczyciel nie doliczył się pieniędzy, które wpływają za jego zajęcia. Bo jego wypłata nie zależy od liczby dzieci, tylko grup.
Przyjmując, że te są tylko 12-osobowe, rachuję, że rodzice za moje zajęcia z angielskiego zapłaciliby ok. 1,9 tys. zł miesięcznie. Odliczając prowizję pośrednika, moją wypłatę, podatek zostaje ok. 400 zł. Jeżeli w jakiejś grupie będzie więcej niż 12 dzieci, to ta pozostająca suma też będzie większa. Co się dzieje z tymi pieniędzmi? - To dola dyrektorki - mówi rytmiczka. Stwierdza, że na rytmikę chodzą zwykle wszystkie przedszkolaki, na angielski większość. Średnie przedszkole to setka dzieci, ale są i dwustuosobowe. Zwykle w przedszkolu są cztery zajęcia dodatkowe, ale bywa i siedem. A grup jest więcej. Moja rozmówczyni nie dziwi się, że zwolniona dyrektorka przedszkola na Ursynowie mogła dorabiać miesięcznie prawie 5 tys. zł.
Od pośrednika zatrudnię
Instruktorzy twierdzą, że przedszkola nie chcą ich zatrudniać, gdy zgłaszają się indywidualnie. Odsyłają do pośredników.
Źródło: Gazeta Wyborcza