http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Co się stało w Krakowie

Jacek Żakowski
2009-09-28, ostatnia aktualizacja 2009-09-27 22:45

Jechałem na ten Kongres przez grzeczność. Rada Programowa zaproponowała, a minister poprosił, żebym poprowadził jedno z ponad 30 sympozjów. Udział w środowiskowej debacie wydaje mi się obowiązkiem. Nawet gdy ma się obawę, że to się nie opłaci, bo nie uda się wyjść poza jałowe gadanie

Jacek Żakowski
fot.
Jacek Żakowski
Tym razem się opłaciło. W oficjalnym gadaniu na sesjach i sympozjach lało się sporo inteligenckiej wody, ale jednak dokonało się też coś ważnego.

20 lat temu Lech Wałęsa wygłosił słynne wezwanie "bierzcie sprawy w swoje ręce". Polacy go posłuchali na dwa różne sposoby. Jedni zrozumieli to tak, że każdy ma teraz zająć się tylko swoimi sprawami. Inaczej mówiąc, "ratuj się kto może". Drudzy zrozumieli, że każdy ma walczyć o swoje i wyszli na ulice żeby przyciągnąć ku sobie jak największą część wiecznie za krótkiej budżetowej kołdry. Powstało egoistyczne ja i roszczeniowe sobie.

Świat kultury nie był, niestety, wyjątkiem. Jedni skupili się na swoich karierach. Inni na zgłaszaniu coraz mniej skutecznych roszczeń pod adresem władzy. Nie wydaje mi się, by o to chodziło Wałęsie. Ale jakoś chyba prawie nikt jego słów nie zrozumiał jako wezwania, byśmy robili coś razem.

Świat kultury zapłacił za to dużą cenę. Nawet ci dość liczni artyści, którzy zrobili poważne kariery za granicą, nie zdobyli w kraju publiczności, na jaką zasługują. A reszta tym bardziej, nie mając za sobą publiczności, stopniowo brana była głodem.

Zwłaszcza że przez dwie dekady wolności kultura nie miała do polityków szczęścia. Ministrowie kultury byli w większości nieudolni, politycznie słabi, intelektualnie mierni. Podobnie jak twórcy nie umieli wytłumaczyć wyborcom i politykom, jak zasadniczą rolę odgrywa kultura w tworzeniu pomyślności współczesnych społeczeństw.

Jedni dziecinnie wierzyli, że rynek zbawi kulturę, tak jak zbawia handel. Inni sądzili, że zbawi ją władza. Poza Izabelą Cywińską i Waldemarem Dąbrowskim nikt nie miał kompetencji ani wyobraźni na miarę tego urzędu. W rezultacie przez dwie dekady kultura była w polskiej polityce i debacie publicznej piątym kołem u wozu.

Wśród półtora tysiąca zgromadzonych na Kongresie osób z dnia na dzień rosło przekonanie, że po 20 latach budowania państwa demokratycznego my - ludzie kultury, mediów, edukacji - musimy wziąć sprawy w swoje ręce w tym sensie, że zabierzemy się za budowę państwa obywatelskiego. To znaczy, że musimy wreszcie jako obywatele uzyskać realny wpływ na te dziedziny życia, na których się znamy i za które czujemy się odpowiedzialni.

I mam wrażenie, że pierwszy raz jest szansa, by tak się istotnie stało. Częściowo dlatego, że na scenę weszło nowe, odnoszące międzynarodowe sukcesy pokolenie, które wie, jaka jest pozycja kultury w rozwiniętym świecie. Częściowo dlatego, że po 20 latach miarka się przebrała. A częściowo dlatego, że to środowisko nieoczekiwanie spotkało się z władzą, której część daje do zrozumienia, że zdaje sobie sprawę ze znaczenie kultury dla awansu cywilizacyjnego.

Jest nowa społeczna energia. Jest dobre doświadczenie uspołeczniającej reformy polskiego kina. Jest świadomość dysfunkcjonalności dotychczasowego systemu. I jest władza otwarta na nowe rozwiązania. Jeśli środowiska twórcze utrzymają tę mobilizację, która powstała dzięki Kongresowi, jest szansa, żeby coś się zmieniło.

Może tym razem na lepsze.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    25 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':