Wczoraj rano Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (MAEA), która z ramienia ONZ pilnuje przestrzegania traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, wydała sensacyjne oświadczenie: "Potwierdzamy, że w poniedziałek 21 września
Iran poinformował nas listownie, iż buduje nową fabrykę wzbogacania uranu. Zapowiedział też, że dalsze informacje poda w stosownym czasie".
Dokładnie trzy godziny potem anonimowe źródło w Białym Domu przekazało dziennikarzom, że wkrótce prezydent
Barack Obama oskarży Irańczyków o prace nad potajemnym ośrodkiem nuklearnym. Minęły kolejne dwie godziny i Obama, mając po swojej lewej i prawej stronie przywódców Francji Nicolasa Sarkozy'ego i Wielkiej Brytanii Gordona Browna, pojawił się na pospiesznie zwołanej konferencji na szczycie G20 w Pittsburghu.
- Podstępy rządu w Teheranie szokują i napełniają gniewem społeczność międzynarodową - mówił premier Brown. Prezydent Sarkozy dodał, że Iran ma dwa miesiące na podporządkowanie się rezolucjom ONZ, a po tym czasie czekają go kolejne sankcje.
Trzej przywódcy zażądali od Iranu, by do tajnego ośrodka natychmiast wpuścił inspektorów MAEA. Również rządy Rosji i Chin, które sprzeciwiają się sankcjom przeciw Iranowi, wyraziły zaniepokojenie i wezwały go do współpracy z MAEA.
Godzinę później nadeszło dementi z Teheranu: "Nie jest prawdą, że coś ukrywamy. Przecież gdybyśmy budowali w sekrecie, nie informowalibyśmy MAEA...".
Pozornie może się wydawać, że Irańczycy znów wszystkich przechytrzyli i zagrali Zachodowi na nosie. Jednak w rzeczywistości ponieśli ciężką klęskę. Z przecieków z Waszyngtonu wiadomo, że zachodnie wywiady już od miesięcy wiedziały o podziemnej fabryce wzbogaconego uranu, która budowana była potajemnie w Kom - mieście szyickich uniwersytetów, 150 km na południe od Teheranu. Ma w niej być zainstalowanych około 3 tys. wirówek do wzbogacania uranu. To dość, by w ciągu kilkunastu miesięcy wyprodukować ładunek jednej bomby atomowej.
Irańczycy będą z pewnością argumentować, że trzymając tak długo budowę w Kom w sekrecie, nie złamali prawa. Zgodnie z umową, którą podpisali z MAEA w latach 70., mają obowiązek zgłaszać nowe ośrodki atomowe najpóźniej 180 dni przed wpuszczeniem do nich materiałów rozszczepialnych. Jednak w latach 90. MAEA zaleciła wszystkim krajom, żeby zgłaszały nowe instalacje atomowe już w fazie projektu. W 2003 r. Iran zgodził się temu podporządkować, choć formalnie aneksu do umowy nie podpisał. Kiedy został obciążony sankcjami przez Radę Bezpieczeństwa ONZ, ogłosił, że aneksu stosować nie będzie.
Iran ma już jeden, większy ośrodek wzbogacania uranu w podziemnych bunkrach w Natanz. Działa tam osiem tysięcy wirówek (za kilka lat ma być ich 50 tys.). Również ten ośrodek był budowany potajemnie i został zdemaskowany przez irańską opozycję siedem lat temu. Od tamtej pory fabryka w Natanz znajduje się pod kontrolą inspektorów MAEA, którzy w ostatnich dwóch latach przeprowadzili tam 29 niezapowiedzianych inspekcji. Kamery bezustannie obserwują hale z wirówkami, a na wzbogaconym uranie znajdują się pieczęcie inspektorów MAEA.
Teheran twierdzi, że zamierza wzbogacać uran tylko do poziomu 5 proc. izotopu U-235, by w przyszłości wykorzystać go jako paliwo w elektrowni atomowej w Buszehr, którą zbudowali Irańczykom Rosjanie. Do budowy bomby atomowej potrzebny jest uran wzbogacony do 90 proc. Żeby go osiągnąć, wystarczy odpowiednio długo wirować uran nisko wzbogacony do celów przemysłowych.
Oczywiście w ściśle kontrolowanym Natanz Irańczycy nie mogą sobie na to pozwolić. "Dodatkowe" wirowanie natychmiast wykryłaby MAEA, a wtedy ONZ prawdopodobnie wydałaby zgodę na zbombardowanie tej fabryki, co
Izrael wykonałby zapewne z dużą satysfakcją. A nawet gdyby zgody nie wydał, nikt by się temu bombardowaniu nie sprzeciwiał.
Dlatego jeśli Iran rzeczywiście - jak podejrzewa Zachód - chce wyprodukować bombę, potrzebuje tajnego programu atomowego, który musiałby działać równolegle obok legalnego, nadzorowanego przez MAEA. Podziemna fabryka w Kom mogłaby być częścią tego programu, gdyby nie to, że wczoraj została właśnie "spalona".
Jej odkrycie to wielkie, ale zarazem gorzkie i złowróżbne zwycięstwo zachodnich wywiadów. Obnaża ono bezsilność MAEA, która zgodnie z umową z lat 70. może kontrolować wyłącznie obiekty atomowe zadeklarowane przez Iran, więc żadnych tajnych nie znajdzie. Pokazuje też, że nalot na Natanz lub Kom wcale nie musi powstrzymać Iranu przed zdobyciem bomby atomowej, bo tylko rząd w Teheranie wie, ile jeszcze tajnych ośrodków zaplanował lub nawet już gdzieś buduje.