http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wybory w RFN. Koniec polityki?

Piotr Buras
2009-09-28, ostatnia aktualizacja 2009-09-25 16:36

Polityczny letarg, wzmocniony czteroletnimi rządami "wielkiej koalicji", szybko może okazać się złudny. Niemcy stoją dzisiaj przed koniecznością podjęcia kluczowych decyzji dotyczących modelu gospodarki i społeczeństwa


Fot. POOL REUTERS
Zabytkowy pociąg, którym kanclerz Angela Merkel przemierzała w ubiegłym tygodniu Niemcy, zabiegając o głosy dla swojej partii CDU, nosi nazwę "Rheingold" (złoto Renu). Znany z germańskiej mitologii skarb nieszczególnie nadaje się na budzącą optymizm polityczną metaforę. Wykradziony karłom Nibelungom przez nieustraszonego Zygfryda stał się przyczyną zbrodni, których ofiarą padł sam Zygfryd oraz cały królewski ród Burgundów. Ale panią kanclerz kierowały mniej odległe skojarzenia. Jej podróż to część kampanii w stylu retro, mającej budzić nostalgię za jej wielkim poprzednikiem Konradem Adenauerem. W latach 50. to właśnie on objeżdżał ekspresem "Rheingold" kolejne stacje kampanii wyborczej, budząc furorę niekonwencjonalnym stylem. W 1957 roku, po wprowadzeniu cieszącej się wielkim poparciem reformy emerytalnej, Adenauer osiągnął wynik marzeń: absolutną większość w Bundestagu.

Jego ówczesne hasło: "Żadnych eksperymentów!" jest także mottem tegorocznej kampanii Merkel. Współczesna wersja brzmi: "Niemcy potrzebują stabilnych stosunków politycznych". W warunkach głębokiego kryzysu wielu przyzna jej rację. "My mamy siłę" - przekonuje Merkel, spoglądając z uśmiechem z tysięcy plakatów rozwieszonych po całym kraju. Do złudzenia przypominają one kampanię, którą w 1998 roku prowadził (bez powodzenia wszakże) inny legendarny chadek Helmut Kohl. Wtedy na plakatach widoczny był tylko jego wizerunek w otoczeniu anonimowego tłumu, bez żadnych słów.

Merkel nie bez powodu szuka tych analogii. Adenauer i Kohl byli symbolami społecznego pokoju, narodowej wspólnoty, słowem: społeczeństwa zgodnie i wytrwale zmierzającego ku lepszej przyszłości. Dzisiaj znowu wybory sprowadzone mają być do prostego plebiscytu "za lub przeciw". Ten plan Merkel powinien się powieść. Wprawdzie do historycznego wyniku Adenauera Merkel daleko, ale 36 proc., jakie dają jej sondaże, wystarczy (w koalicji z liberałami lub ponownie z SPD) do utrzymania steru w rękach. W wyborach bezpośrednich nawet 55 proc. Niemców wybrałoby ją ponownie na kanclerza. Ale czy tęsknota za stabilnością, harmonią i zgodą pod skrzydłami "matki narodu", jaką podsyca dziś Merkel, może okazać się czymś więcej niż tylko piękną iluzją?

Przyznać trzeba, że Merkel dobrze nadaje się do roli polityka ponad podziałami, w której obsadzona została w tej kampanii. Tygodnik "Die Zeit" pisał o niej niedawno, że jest jedynym prawdziwie ogólnoniemieckim politykiem - ani Ossi, ani Wessi. Choć pochodzi z byłej NRD, ten rozdział biografii nie odgrywa w jej politycznym działaniu żadnej roli. Nikt tak dobrze jak ona nie oddaje też ducha republiki berlińskiej: pragmatycznej i postideologicznej. Nowoczesna polityka rodzinna ukierunkowana na aktywność zawodową kobiet oraz wczesną opiekę przedszkolną nad dziećmi, liberalna polityka integracji imigrantów, miękka polityka społeczna - to wszystko stało się wizytówką Merkel jak ulał pasującą do odczuć większości Niemców.

Jeszcze przed ostatnimi wyborami w 2005 roku Merkel stała na czele neoliberalnych reformatorów, chcąc gruntownie przebudować państwo socjalne. Ale dla realizacji tej wizji zabrakło poparcia wyborców, których werdykt wepchnął ja wówczas w niechcianą koalicję z socjaldemokratami. Merkel wyciągnęła z tego wnioski. Dzisiaj do tego stopnia unika zajmowania jasnego stanowiska w kluczowych sprawach, że nawet w przychylnej zazwyczaj CDU telewizji ZDF komentowano, że Niemcy mają już prezydenta i drugiego naprawdę nie potrzebują...

To m.in. za sprawą skrytej za podwójną gardą panią kanclerz tegoroczna kampania wyborcza pozbawiona jest czytelnych kontrowersji i namiętności. Spory merytoryczne sprawiały zaś albo wrażenie pozornych, albo też dotyczących spraw drugorzędnych. SPD chce wycofania się z energii atomowej w 2021 roku, CDU zamierza z tej "technologii przejściowej" korzystać trochę dłużej. Socjaldemokraci opowiadają się za wprowadzeniem powszechnej płacy minimalnej, zaś CDU tylko w konkretnych branżach. Merkel obiecuje znaczącą obniżkę podatków, ale konkretnych dat nie podaje. SPD też chce obniżać, ale tylko słabszym... Na niezwykle aktualny i drażliwy problem udziału Bundeswehry w operacji w Afganistanie w telewizyjnym pojedynku Merkel - Steinmeier poświęcono ledwie kilka minut.

Po wspomnianym pojedynku głównych kandydatów, w którym oboje więcej mówili o wspólnych dokonaniach niż o alternatywnych projektach na przyszłość, brukowiec "BILD" celnie sparodiował słynne hasło Obamy: "Yes, we gähn [czyt.: geen]" ("Tak, ziewamy"). Choć wiodący politycy przekonują, że tegoroczne wybory zadecydują o "kierunku, w jakim pójdą Niemcy", nic nie jest dalsze od prawdy. Ani społeczeństwo nie oczekuje głębokiego politycznego zwrotu, ani też klasa polityczna nie oferuje mu żadnych czytelnych alternatyw. W istocie, pisała "Süddeutsche Zeitung", decyzja "Merkel czy Steinmeier" przypomina "wybór między spaghetti bolognese a spaghetti z sosem mięsnym".

A kryzys nadchodzi...

Czy Niemcy doświadczają więc prawdziwego końca polityki, którą na dobre zastępuje technokratyczny konsensus? "Odejścia od zajmowania się sprawami zasadniczymi większość [Niemców] wcale nie odczuwa jako czegoś negatywnego" - twierdzi instytut badań opinii publicznej Allensbach w swoim ostatnim opracowaniu. Niemcy to "społeczeństwo pragmatyczne", które niechętnie prowadzi debaty światopoglądowe, a decyzje polityczne podejmuje pod kątem rachunku korzyści i strat. Ale ten polityczny letarg, wzmocniony czteroletnimi rządami "wielkiej koalicji", szybko może okazać się złudny. Niemcy stoją dzisiaj przed koniecznością podjęcia kluczowych decyzji dotyczących modelu gospodarki i społeczeństwa, której nie sposób ukryć pod płaszczykiem iluzji powrotu do Kohlowsko-Adenauerowskiej stabilizacji, jaką kusi wyborców Angela Merkel. Obecna polityczna drzemka to, jak pisała "Die Zeit", "tylko cisza przed burzą".

Na jej pierwsze podmuchy nie trzeba będzie długo czekać. Kończy się bowiem okres ochronny przed skutkami kryzysu gospodarczego, jaki obywatelom - i sobie samym - za pomocą szczodrych wydatków państwowych fundowali politycy rządzącej koalicji. Uchwalone w zeszłym roku pakiety koniunkturalne przyniosły stabilizację systemu bankowego i zapobiegły załamaniu się gospodarki (choć spadek PKB w tym roku sięgnie 5 proc.). W opinii wielu specjalistów były jednak zabiegiem krótkotrwałym. Co stanie się jesienią z 1,4 mln pracowników, którzy korzystali dotąd z finansowanego przez państwo programu ograniczenia czasu pracy i tylko dzięki niemu nie wylądowali na bruku? Już dzisiaj szacunkowe dane mówią, że pod koniec przyszłego roku bezrobotnych będzie około 5 mln, 1,5 mln więcej niż dzisiaj.

Dotąd społeczeństwo niemieckie bardzo spokojnie reagowało na kryzys. W czerwcu prawie dwie trzecie ankietowanych przyznało, że jego skutków zanadto nie odczuło. Wątpliwe, by te nastroje utrzymały się, gdy zaczną się zwolnienia. W przyszłym roku w budżecie brakować będzie 100 mld euro. "Do wyrównania tych ubytków w dochodach państwa konieczna będzie Agenda 2020" - twierdzi znany ekonomista Thomas Straubhaar cytowany przez "Spiegel online". To analogia do Agendy 2010, programu reform społecznych, które w 2003 roku przeprowadził Gerhard Schröder. Dwa lata później kosztowały go one utratę władzy. Wtedy najboleśniejsze cięcia dotyczyły prawa do zasiłku dla bezrobotnych, teraz chodzić może o kolejną podwyżkę VAT, wzrost składek społecznych i dalsze ograniczenia świadczeń. "Niemców czekają ostre walki o podział dochodów" - zapowiadał już przed kilkoma tygodniami minister finansów Steinbrück (SPD). Ale żadna z partii nie mówi, na kogo spadną największe ciężary.

Kryzys obnażył także słabości niemieckiego modelu gospodarczego. Niemcy zawsze szczyciły się, że są mistrzem świata w eksporcie (choć ostatnio wyprzedziły je Chiny). Ale to właśnie dlatego załamanie się rynków zagranicznych dotknęło je szczególnie boleśnie. Wpływy z eksportu spadły, a słabiutki popyt wewnętrzny nie był w stanie tych strat zrekompensować.

Niemcy nie tylko słyną z oszczędzania. W ostatnich latach zadowalali się także stosunkowo niskimi płacami po to, by zapewnić konkurencyjność swoich eksportowanych produktów. Mają także bardzo słabo rozbudowany sektor usług i kiepskie warunki do zakładania nowych firm. Eksperci są zgodni - dramatyczna zależność niemieckiej gospodarki od eksportu to ślepa uliczka. Tymczasem to właśnie sztandarowa branża eksportowa, czyli przemysł samochodowy, stała się głównym beneficjentem rządowych programów koniunkturalnych. 5 mld euro kosztowały dopłaty do kupna nowych samochodów (tzw. premia za zwrakowanie starych aut), a 4,5 mld euro wsparcie - bez żadnej gwarancji sukcesu - znajdującego się w tarapatach Opla. "Ale czy samochody to naprawdę przyszłość? Kiedy, jeśli nie teraz, byłby czas na zasadniczą dyskusję, która z rozproszonych lęków układałaby polityczne pytania: o wzrost i ekologię, o definicję pracy i kwestię udziału w społeczeństwie?" - pytała komentatorka "Der Spiegel".

Tabletki na uspokojenie

Przy całym pragmatyzmie Niemców zniecierpliwienie pomijaniem przez elity polityczne tych fundamentalnych pytań w widoczny sposób narasta. Wielu z tych tematów nie da się długo zamiatać pod dywan. Ale wbrew kojącym zapowiedziom pani kanclerz, niezależnie od wyniku wyborów polityczny spór toczyć się będzie w o wiele bardziej skomplikowanych warunkach niż dotychczas. Jeśli powstanie preferowana przez nią koalicja z liberałami, będzie ona miała w parlamencie tylko nieznaczną przewagę nad trzema partiami lewicowymi walczącymi między sobą o wyborców. To nie najlepszy klimat dla Agendy 2020... Może się nawet zdarzyć, że dzięki kruczkom ordynacji wyborczej CDU i FDP zdobędą większość foteli, dysponując mniejszym odsetkiem głosów niż opozycja. W tych warunkach legitymacja do rządzenia będzie permanentnie kwestionowana.

Kontynuacja obecnej koalicji z SPD (jeśli CDU i FDP nie uzyskają większości) w jeszcze mniejszym stopniu gwarantować będzie Merkel spokojną głowę. Czy mając razem z Zielonymi i Partią Lewicy większość w parlamencie, socjaldemokraci nie ulegną w końcu pokusie, by stworzyć z nimi wspólny gabinet? Groźba rozpadu rządu byłaby w każdym razie wpisana w logikę jego działań, a duch Partii Lewicy nieustannie im towarzyszył. Najmniej prawdopodobna dziś opcja, czyli koalicja SPD, Zielonych i liberałów, byłaby pierwszym w historii RFN eksperymentem trójpartyjnego rządu - z wielce niewiadomym skutkiem. Ale właśnie takie rządy już wkrótce mogą być w Niemczech na porządku dziennym: tracące regularnie poparcie CDU i SPD będą potrzebowały więcej niż jednego partnera do sformowania koalicji. A to oznacza zupełnie nową jakość w niemieckim życiu politycznym. - Niewykluczone, że to ostatnia taka pokojowa kampania wyborcza - mówi mi Franz Walter, znany badacz partii politycznych z uniwersytetu w Getyndze.

Tymczasem "Merkel daje obywatelom tylko tabletki na uspokojenie" - twierdzą jej krytycy. Mają rację, bo także społeczeństwo niemieckie niewiele ma już wspólnego z przywoływaną przez nią zjednoczoną wspólnotą. Mogła być ona atrakcyjnym modelem, dopóki wzrost gospodarczy wszystkim dokładającym starań gwarantował realizację swoich aspiracji i awansu społecznego. Na tej obietnicy zbudowany został sukces powojennej RFN, z którego skorzystały wszystkie warstwy społeczne. Ale to już nieodwołalnie przeszłość, a nowe konflikty społeczne podkopują ideę solidarności, na której opiera się państwo socjalne. Przede wszystkim dotyczy to napięć między pokoleniami, gdyż młodym - szczególnie w obliczu gwałtownie rosnącego zadłużenia - coraz trudniej będzie ponosić gigantyczne koszta utrzymania wydatków państwowych. Tymczasem rząd bez zmrużenia oka zafundował rencistom gwarancję, że wysokość emerytur nie zmiejszy się, jeśli nawet spadną płace.

Frustracja ogarnia także część klasy średniej, która w największym stopniu ponosi rosnące koszta świadczeń socjalnych, z których - w subiektywnym odczuciu - coraz mniej korzysta. Klasa średnia zaczyna coraz bardziej odgradzać się od dołów społecznych, próbując bronić swojego stanu posiadania. Coraz częściej mówi się o zarysowujących się między nimi "konfliktach o dobrobyt".

Te nowe linie podziałów nie znajdują dotąd swojej politycznej artykulacji. Inne kraje, jak Holandia, Dania czy Austria przypłaciły pozorny konsensus wzrostem sił populistycznych. - Pod względem ewolucji systemu partyjnego Niemcy są o dziesięć lat do tyłu - twierdzi Franz Walter. Jego zdaniem nie można wykluczyć pojawienia się "radykalizmu klasy średniej", zmierzającego nie do demontażu państwa socjalnego, lecz żądań ograniczenia dostępu do niego dla tych, którzy własną pracą na niego łożą.

Ale to niejedyne źródło "szemranego niezadowolenia" w społeczeństwie, które konstatują socjologowie. Kwestie zrównoważonego wzrostu czy modelu życia odpowiadającego wymogom ochrony klimatu nie są już tylko kwestiami z politycznego marginesu. Według badań Infratest dimap, które cytował niedawno politolog Claus Leggewie, dla większości wyborców głównym motywem zmiany ich preferencji partyjnych byłoby przedstawienie przez konkurencję wiarygodnego programu w tych właśnie sprawach. Leggewie to współautor poświęconej tym zagadnieniom książki "Koniec świata, jaki znamy", w której zapowiada renesans kultury protestu stawiającej fundamentalne pytanie: "Jak chcemy dalej żyć?". Pod powierzchnią pozornego konsensusu społecznego bulgoce i trzeszczy. To, w jaki sposób napięcia te zostaną politycznie skanalizowane, rozstrzygnie się w nadchodzących latach.

To wszystko nie powód, by bić na alarm. Demokratyczne instytucje i kultura polityczna mają się w Niemczech dobrze, a republikę berlińską od weimarskiej dzielą lata świetlne. Ale Niemcy coraz bardziej zbliżają się do poziomu europejskiej normalności, która daleka jest od pozbawionej kantów idylli. Przekona się o tym także kanclerz Merkel. W 2005 roku liczyła na to, że po sukcesie wyborczym głęboko przeorze społeczno-gospodarczą rzeczywistość republiki berlińskiej według swoich recept. Ta zapowiedź radykalnego zwrotu została przez wyborców odrzucona.

W 2009 roku sytuacja się powtarza, tyle że na odwrót. Merkel marzy się kontynuacja rządów spokojnej ręki ponad podziałami i z poparciem społecznym. Tak było przez ostatnie cztery lata, m.in. dzięki wyjątkowej koniunkturze gospodarczej aż do wybuchu kryzysu. Ale i tym razem ten plan nie wypali. Jej spodziewana druga kadencja będzie o wiele trudniejsza i dla niej, i dla Niemiec. W konsekwencji pewnie także dla Europy, bo zaprzątniętym sobą Niemcom nie będzie tak łatwo wykrzesać europejski entuzjazm. A więc żadnych eksperymentów? Nic z tego. Ich czas zacznie się zaraz po wyborach.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':