Gminy Roosendaal oraz Bergen op Zoom w holenderskiej Brabancji pozamykały wszystkie sklepiki (coffee shopy), które od lat 70. miały licencję na sprzedaż niewielkiej ilości marihuany i haszyszu. - Dzień przed zamknięciem panował tam zupełny chaos. Tysiące samochodów, wszyscy chcieliśmy wykorzystać ostatnią okazję. Właściwie nie dziwię się, że mieszkańcy mają nas totalnie dosyć - mówi Anne Debrou, młoda Belgijka systematycznie zaopatrująca się w marihuanę w Holandii.
Do dwóch gmin przy granicy holendersko-belgijskiej każdego tygodnia przyjeżdżało ok. 25 tys. osób z Belgii i Francji, które często paliły marihuanę na miejscu i hucznie balowały, co sprawiło, że senne miasta w ostatnich kilkunastu latach zmieniły się - ku rozpaczy ich mieszkańców - w centra międzynarodowej rozrywki. Lokalne władze przez kilka lat zastanawiały się, jak pogodzić prawo Holendrów do zakupu miękkich narkotyków z walką przeciw narkoturystyce. - Wreszcie stwierdziliśmy, że nasi mieszkańcy mogą sobie pojechać po marihuanę np. do Amsterdamu. Dlatego wolno nam odebrać licencję wszystkim lokalnym coffee shopom - tłumaczył niedawno Michel Marijen, burmistrz Roosendaal.
Sęk w tym, że obecnie cała
Holandia zastanawia się, jak ograniczyć napływ tłumów cudzoziemców wykorzystujących jej wyjątkowe przepisy o handlu miękkimi narkotykami. Marihuanę można kupować bezkarnie w Holandii już od 1976 r., ale liczba młodych ludzi zażywających miękkie narkotyki pozostaje tam znacznie niższa niż w Wielkiej Brytanii lub Hiszpanii, choć jest dużo wyższa niż np. w Szwecji. O ile zatem argumenty o nieszkodliwości handlu niewielkimi ilościami marihuany zasadniczo sprawdziły się w Holandii, to kraj coraz gorzej znosi rolę jedynej liberalnej wyspy w tej dziedzinie w Europie.
To nie tylko problem setek tysięcy mocno rozrywkowych turystów, lecz przede wszystkim rosnącego podziemia przestępczego. Produkcja marihuany jest bowiem nielegalna, a właściciele coffee shopów są bardzo rzadko pytani, skąd biorą towar. - To sprzeczność, która kiedyś, przy dość niewielkiej liczbie klientów coffee shopów, nie przynosiła katastrofalnych skutków. Jednak teraz mamy dramat - tłumaczy holenderska
policja. Marihuanowy biznes w Holandii jest już wart ok. 2 mld euro rocznie.
Dlatego władze Amsterdamu i Rotterdamu stopniowo zmniejszają liczbę swoich coffee shopów, a doradcy chadeckiego premiera Jana Balkenendego zastanawiają się nad zamienieniem tych sklepików w zamknięte kluby. Narkotyki sprzedawano by wyłącznie ich członkom (z reguły okolicznym mieszkańcom) znanym właścicielom i policji. Niektóre miasta chcą też zmniejszyć dopuszczalną ilość sprzedawanej marihuany z pięciu do trzech gramów.
Paradoksalnie holenderski odwrót od pełnej swobody dla coffee shopów przypada na czas, kiedy m.in. w Ameryce Łacińskiej rosną w siłę zwolennicy zniesienia kar za handel i posiadanie niewielkiej ilości miękkich narkotyków. Powołując się właśnie na przykład Holandii, przekonują, że zapobiegłoby to robieniu kryminalistów z młodych ludzi popalających trawkę.