http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Tak fałszowano wybory w Afganistanie

wj
2009-09-25, ostatnia aktualizacja 2009-09-25 08:44

- Wszyscy oszukiwali jak najęci - opowiadali afgańscy chłopi dziennikarzowi londyńskiego "Guardiana". Z rozrzewnieniem wspominali sierpniowe wybory prezydenckie, podczas których na potęgę sprzedawali swoje głosy.

20 sierpnia 2009 roku, prowincja Helmand. Członek komisji wyborczej pokazuje
staruszkowi Ghulamowi Husinowi Haidariemu, gdzie głosować
Fot. Julie Jacobson AP
20 sierpnia 2009 roku, prowincja Helmand. Członek komisji wyborczej...
SERWISY
Po wyborach Ghaith Abdul-Ahad, iracki dziennikarz pracujący dla "Guardiana", odwiedził południowowschodnią prowincję Paktika, gdzie miejscowi chłopi opowiedzieli mu, jak głosowali.

- To był dobry dzień, było wyjątkowo spokojnie, bo wszędzie kręciło się pełno wojska i policji - wspominał jeden z chłopów. - Sam osobiście wrzuciłem dziesięć głosów. Zabrałem ze sobą dowody tożsamości kobiet z mojej rodziny i zagłosowałem za nie. W komisji wyborczej nikt mnie o nic nie pytał. Za kobiety wszędzie tak u nas głosowano.

- Plemienni wodzowie i wioskowi naczelnicy całymi garściami brali pieniądze od wysłanników tak prezydenta Hamida Karzaja, jak i jego rywala dr Abdullaha - zwierzał się inny mężczyzna. - Mieli je rozdzielić między chłopów w zamian za ich głosy. Ale zapłacili nam tylko grosze, po tysiąc afgani [ok. 20 dol.] za głos. A zdarzało się, że w zamian za głos dawali kartę do telefonu komórkowego. Te duże pieniądze rozkradli między sobą. Tak czy siak to był dobry dzień, można było łatwo zarobić dodatkowy grosz. Dobrze byłoby mieć takie wybory choćby co roku.

- Każdy z kandydatów miał w komisji wyborczej swojego człowieka, który oszukiwał dla niego. Wpierw nie chciałem oszukiwać, ale jak zobaczyłem, jak oszukują wszyscy inni, to i sam oszukałem - opowiadał chłopak z sąsiedniej wioski. - Miałem 20 kart do głosowania. Chciałem je sprzedać ludziom Karzaja albo Abdullaha. Ale potem pomyślałem sobie: nie, oni mają wystarczająco wiele głosów. Mieli w komisji swoich ludzi od oszukiwania, a trzeci z kandydatów Aszraf Ghani nie miał nikogo. Postanowiłem więc oszukać na rzecz Aszrafa. To bardzo uczony człowiek, a w dodatku pochodzi z tych stron. Wrzuciłem więc moich 20 głosów na Aszrafa Ghaniego. A potem namówiłem kilku kolegów i zebraliśmy tak jeszcze więcej głosów.

W niektórych lokalach wyborczych pilnowano, by ludzie nie głosowali po kilka razy. - W jednej z komisji próbowali nawet mnie sfotografować, żebym więcej nie mógł głosować - oburzał się chłopak. - Poszedłem więc do innej, a tam nikt nie kazał mi nawet znaczyć atramentem palca, bym więcej nie głosował. Po prostu kazali mi wrzucić karty do urny.

Według rozmówców dziennikarza "Guardiana" w Paktice oszukiwano według podziałów etnicznych. W wioskach zamieszkanych przez Pasztunów oszukiwano na rzecz Karzaja, Pasztuna z Kandaharu. Ale w stolicy prowincji Gardez, gdzie mieszka wielu Tadżyków, częściej oszukiwano na rzecz Abdullaha, pół Tadżyka, pół Pasztuna.

Pewien urzędnik z komisji wyborczej w Gardez przyznał, że wysłannicy Abdullaha oferowali mu 2,5 tys. dol. za pomoc, ale odmówił. Widział jednak, jak do jego komisji przybyli pasztuńscy wodzowie z kartami do głosowania należącymi do mieszkańców ich wiosek. - Dostawali po 10 tys. dol. za głosy. Emisariusze Karzaja i Abdullaha na oczach komisji wyborczej targowali się z wodzami o głosy, a kupowane karty i pliki banknotów przeliczano na oczach urzędników - opowiadał.

Dziennikarz "Guardiana" na własne oczy widział pokazane mu przez międzynarodowych obserwatorów karty do głosowania wypełnione jeszcze przed dniem wyborów. Na pospinanych po 100 i gotowych do wrzucenia do urn kartach krzyżyki zaznaczone były przy nazwisku Karzaja.

Jeden z urzędników komisji wyborczych opowiadał dziennikarzowi, że w jego lokalu jeden z wyborców przyszedł aż ze 120 dowodami uprawniającymi do głosowania, a na każdy z nich pozwolono mu głosować aż po trzy razy. - Zrobiłem mu zdjęcie i chciałem polecieć na skargę do moich przełożonych - wspominał. - Ale w porę się zreflektowałem, bo i oni wszyscy oszukiwali dla Karzaja.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':