Informację, że David Cameron wysłał do Vaclava Klausa list wyjaśniający plany torysów wobec Lizbony, potwierdził wczoraj rzecznik konserwatystów. - List trafił do Vaclava Klausa 13 lipca - mówi też rzecznik prezydenta Radim Ochvat.
Gdyby plan się powiódł, Klaus i Cameron mogliby wywołać kolejny kryzys w Unii, a może i doprowadzić do obalenia traktatu, który ma wzmocnić UE.
Dla walczącego o władzę Camerona propozycja złożona Klausowi to nie tylko próba zatrzymania krytykowanego przez torysów traktatu, ale przede wszystkim walka o głosy. Data wyborów nie jest jeszcze znana, ale najczęściej mówi się o maju 2010. Od początku kampanii Cameron gra kartą antyeuropejską, gdyż to się podoba sporej części wyborców.
Także dlatego konserwatyści zerwali współpracę z Europejską Partią Ludową i utworzyli w Parlamencie Europejskim frakcję eurosceptyczną z czeską ODS i
PiS. I obiecali referendum w sprawie traktatu.
- Jeśli dojdziemy do władzy, a traktat nie będzie jeszcze w mocy, to zawiesimy brytyjską ratyfikację, zorganizujemy referendum i wezwiemy do odrzucenia Lizbony - mówił rzecznik torysów.
Cameron wie, iż zawieszanie zakończonej już przez brytyjski parlament ratyfikacji jest bardzo ryzykowne. Szef brytyjskich Liberalnych Demokratów Nick Clegg uważa, że wówczas należałoby zrobić referendum w sprawie wyjścia Londynu z Unii.
Lider torysów jest w potrzasku - z jednej strony słyszy groźne pomruki europejskich polityków, z drugiej za słowo trzymają go wyborcy. Aż 70 proc. Brytyjczyków uważa, że referendum powinno się odbyć niezależnie od okoliczności. Przeciągnięcie ratyfikacji przez Klausa byłoby idealnym rozwiązaniem dla torysów.
Zwolennicy traktatu obawiają się, że Czech będzie grał na czas. - Czeski premier Jan Fischer poinformował przywódców UE, że ratyfikacja traktatu przez
Czechy może zająć jeszcze od trzech do sześciu miesięcy - mówi nam brukselski dyplomata.
Tymczasem konserwatyści potrzebują co najmniej dziewięciu miesięcy, by wcielić w życie obietnice. Jeśli bowiem wybory rzeczywiście będą w maju 2010, a Cameron je wygra, co jest bardzo prawdopodobne, to referendum może być najwcześniej w czerwcu albo lipcu.
Jego wynik jest raczej przesądzony, bo Brytyjczycy to jedno z najbardziej eurosceptycznych społeczeństw w Unii. Aż 40 proc. z nich uważa, iż opuszczenie UE jest w interesie Wielkiej Brytanii.
W Brukseli wielu polityków i ekspertów uważa, że referendum to jednak gra wyborcza Camerona, ale wszyscy obawiają się Klausa, najbardziej eurosceptycznego prezydenta w Europie. Czeski parlament ratyfikował traktat, ale potrzebny jest jeszcze podpis prezydenta.
Ze źródeł "Gazety" w polskim rządzie usłyszeliśmy, że głównym tematem październikowego szczytu w Brukseli może wcale nie być obsadzanie unijnych instytucji, ale to, jak zmusić Klausa, by podpisał traktat. - Oby tylko prezydent Kaczyński nie przyłączył się do Klausa i nie zwlekał z podpisem po przyjęciu traktatu przez Irlandczyków - mówi nasze źródło w Warszawie.
Rzecznik Klausa nie chciał skomentować ani treści listu, ani jaka będzie reakcja Klausa. - Prezydent jest w Nowym Jorku i jak zechce, to sam skomentuje - powiedział Radim Ochvat. Sam Klaus we wtorek stwierdził: - Nie zajmuję się kwestią mojego podpisu pod traktatem, ponieważ wierzę, że Irlandczycy ponownie go odrzucą w październikowym referendum.
Czeski parlament ratyfikował już traktat, ale sprzyjający Klausowi senatorzy z ODS 29 września mają złożyć w trybunale konstytucyjnym ponowne zapytanie o zgodność traktatu z ustawa zasadniczą. Trybunał może rozpatrzyć wniosek w ciągu kilku dni albo kilku miesięcy. Ale mogą też wniosku nie złożyć 29 września, bo - jak przyznał senator Jaroslav Kubera - robią obstrukcję.
Konstytucja nie narzuca prezydentowi terminu podpisania traktatu. Niektórych ustaw i umów międzynarodowych Klaus nie podpisywał miesiącami, a nawet latami. Tak było np. z protokołem dodatkowym do Europejskiej Karty Praw Podstawowych.
Czy konstytucja zmusza głowę Republiki Czeskiej mającej znaczniej mniej prerogatyw niż prezydent Polski do złożenia podpisu pod aktem prawnym zaaprobowanym przez parlament? Opinie są bardzo różne. Konstytucja stwierdza, że po ratyfikacji umowy międzynarodowej przez obie izby "prezydent podpisuje". Zdaniem wielu ekspertów, a także części polityków znaczy to tyle, iż prezydent musi niezwłocznie podpisać. Zwolennicy Klausa twierdzą, że może podpisać, kiedy zechce.
Co zatem mogą zrobić czescy zwolennicy traktatu z Lizbony? W Pradze mówi się, że można próbować zmusić Klausa do ustępstw, grożąc mu obcięciem budżetu urzędu prezydenckiego. Albo pójść na całość i oskarżyć go o zdradę państwa, co otwiera drogę do odwołania go z urzędu.