W maju lub czerwcu 2010 r. najpewniej zakończą się 13-letnie rządy Partii Pracy i Gordona Browna na stanowisku premiera zastąpi konserwatysta David Cameron. Ale niepewność co tego, jaki stosunek partia Camerona ma do Europy zamiast się zmniejszyć, wzrośnie.
Europejska zagwozdka Stosunek Camerona do Unii może się zdawać dziwny, dopóki nie popatrzeć nań w kontekście historycznym. Podobnie jak poprzedni szefowie torysów - William Hague, Ian Duncan Smith i Michael Howard - Cameron tkwi w pułapce zastawionej przez swą własną partię jakieś 20 lat temu. Wówczas to Margaret Thatcher zakończyła trwającą przez dziesięciolecia politykę poparcia projektu europejskiego i zaczęła się domagać, żeby Europa dała Wielkiej Brytanii "uczciwą działkę".
Kolejnym rządom konserwatystów, a potem gdy byli już w opozycji nie udawało się znaleźć płaszczyzny porozumienia. Odkąd w 1997 r. torysi utracili władzę, usilnie szukają stanowiska, które zadowoliłoby równocześnie ich zagorzałych zwolenników i większość Brytyjczyków.
Sukces Partii Niepodległości (UKIP) w czerwcowych eurowyborach był szokiem dla konserwatystów i innych dużych partii. UKIP wyrosła na obawach o naruszanie suwerenności Wielkiej Brytanii.
Zapytajcie ludzi, czym jest ta suwerenność i jak odczuli jej naruszanie, a większość nie będzie umiała odpowiedzieć. Niektórzy zaczną coś mówić o zarządzeniach Brukseli w sprawie krzywizny banana i ogórka, ale nic ponad to. Stosunek do Europy nie jest racjonalny. To głównie kwestia sentymentów, emocji, które można ulepić w dowolny argument.
Na skutek zagrożenia ze strony UKIP i skrajnie prawicowej Brytyjskiej Partii Narodowej (
BNP) konserwatyści próbują przesunąć się na prawo, starając się zarazem dostroić do antyfederalistycznych sentymentów w innych krajach Europy. Partia po cichu stara się przesunąć centrum - główny nurt polityki - w stronę znacznie twardszego rewizjonizmu i moralizującego konserwatyzmu.
W Parlamencie Europejskim Cameron zarzucił po 20 latach współpracę konserwatystów z centroprawicową chadecją, czyli Europejską Partią Ludową (EPP), tłumacząc, że jest ona zdominowana przez zwolenników Stanów Zjednoczonych Europy, którzy chcą wprowadzenia jednego rządu i jednej waluty. To wyjaśnia entuzjazm jego partii dla dość wątpliwych współtowarzyszy tej podróży - obok torysów do nowej formacji weszły łotewska partia Dla Ojczyzny i Wolności, PiS, czeska Obywatelska Partia Demokratyczna, belgijska Lista Dedeckera, fińska Partia Centrum, Węgierskie Forum Demokratyczne i holenderska Unia Chrześcijańska.
Torysi próbują zabarwić swój program językiem eurosceptycyzmu, ale po prawdzie partia ta nie może się zdecydować, czego chce od Europy. Nie tyle zaleca wycofanie Wielkiej Brytanii z UE, co sama wycofuje się z głównego nurtu polityki. Polityka zagraniczna Camerona już trafiła kulą w płot, kiedy europoseł Michał Kamiński powiedział, że traktat lizboński "gwarantuje suwerenność Polski". Kamiński nie podziela też poglądów torysów w kwestii dopłat do rolnictwa.
Torysi od Disrealiego do Thatcher Konflikt w Partii Konserwatywnej datuje się co najmniej od lat 70. ubiegłego wieku. Wtedy to pod przywództwem Edwarda Heatha była ona otwarcie proeuropejska. Heath i ci, których później premier Thatcher określała jako "The Wets" (mięczaki), w 1973 r. wprowadzili Wielką Brytanię do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (
EWG). Wcześniej przez kilkanaście lat brytyjska kandydatura była zablokowana głównie za sprawą francuskiego prezydenta Charles'a de Gaulle'a.
Laburzystowski premier Harold Wilson (1964-70) doznał upokarzającego odrzucenia ze strony Francji i innych, którzy uważali Wielką Brytanię za konia trojańskiego
USA w Europie. Wielu po cichu wciąż podziela to przekonanie, uważając, że destrukcyjna rola Londynu w UE jest korzystna dla USA, ponieważ osłabiona Europa nie może zagrozić prymatowi Ameryki w świecie. Brytyjczycy byli postrzegani (głównie przez samych siebie) jako przeciwwaga dla każdego trendu dominującego w Europie przez ostatnie kilkaset lat.
Partią Konserwatywną zawsze targały sprzeczności i konflikty. Brytyjski system wyborczy, gdzie są okręgi są jednomandatowe i gdzie zwycięzca bierze wszystko, wyłania parlamenty z mocniejszymi podziałami niż w Europie, gdzie dominują systemy proporcjonalne. To sprawia, iż większość negocjacji i porozumień odbywa się pomiędzy frakcjami wewnątrz głównych partii.
Podział w łonie brytyjskich konserwatystów ma korzenie po części ideologiczne, po części społeczno-ekonomiczne. Torysi "jednego narodu" (za rządów Benjamina Disraeli, premiera w latach 1868 i 1874-80, który wskrzesił idee solidaryzmu wszystkich warstw społecznych przeciwstawiając go finansowej oligarchii liberałów dzielącej społeczeństwo na dwa narody) byli postrzegani jako arystokraci, właściciele ziemscy i filantropi. Okazywali nieomal preindustrialną troskę o swoich chłopów i mieli słaby kontakt z resztą społeczeństwa.
Wtedy pojawiła się grupa przemysłowców, która tym tzw. Wysokim torysom sypnęła piaskiem w oczy. "Dżentelmeni z fabrykantów, fabrykanci z dżentelmenów". Nowi Torysi byli twardsi, bardziej zainteresowani swoimi robotnikami niż chłopami, często sami wywodzili się z rodzin robotniczych.
Po II wojnie Partia Konserwatywna przejęła po rządach laburzystowskich (1945-51) model państwa opiekuńczego. Torysi "jednego narodu" pokonali tych bardziej prostackich, niepewnych swojej klasy, którzy odegrają pierwsze skrzypce dopiero za Margaret Thatcher, po roku 1975.
To był nowy rodzaj torysów, ambitnych, niepewnych własnego statusu, stojących o jeden szczebel ponad proletariatem pogardzających tymi niżej i tymi wyżej. Thatcher sama była klasycznym Nowym Torysem, produktem powojennego "socjalistycznego" państwa opiekuńczego, które otworzyło drogę na
studia mniej zamożnym rodzinom. Pogardzała biednymi, związkami zawodowymi, bezpieczeństwem socjalnym i "państwem-niańką". Zdławiła opozycję we własnej partii, na początku lat 80. pozbyła się "mięczaków", po strajku górników w latach 1984-85 przetrąciła kark związkom zawodowym, potem rządom lokalnym (i Argentyńczykom w 1982 r.). Następna na jej liście była EWG.
Specjalnością Thatcher, o której Mitterrand kiedyś powiedział, że "ma oczy Kaliguli i usta Marilyn Monroe" nie były działania kompleksowe, negocjacje, biurokracja (można rzec: demokracja). Europejczyków miała za cwaniaków.
Wielka Brytania zawsze respektowała reguły i wypełniała swoje obowiązki, jednak nie dostawała w zamian tego, co jej się sprawiedliwie należy. Wspólna Polityka Rolna, tak kochana przez Francuzów, a teraz także wielu Polaków, była dla Thatcher wielką czarną owcą. I wciąż jest. Po obaleniu Thatcher w 1990 r. Partia Konserwatywna kuśtykała dalej, ale nigdy nie rozwiązała problemu Europy. I nie wydaje się, by miał tego dokonać David Cameron. Europa pozostaje dla torysów zadrą powodującą kryzys tożsamości.
Autor jest brytyjskim dziennikarzem, doktoryzował się na London School of Economics z zagadnień dotyczących polityki polskiej