W cyklu ''Metamorfozy'' czytaj także:
Metamorfoza Wszechpolaka
Metamorfoza szczura korporacji
- Karetka przywozi kobietę w ciężkim stanie. Miała usuwaną ciążę, ginekolog przedziurawił macicę. Moje zadanie to usunięcie resztek płodu i zaszycie. Podchodzę rutynowo, wszystko przebiega pomyślnie.
Cztery miesiące później w naszym szpitalu ta kobieta rodzi zdrowe dziecko. Macica nie była dość dobrze wyłyżeczkowana.
Ona jest moją sąsiadką z Rybnika, dwa bloki obok. Często widzę później, jak spaceruje z wózkiem. Nigdy nie zamieniamy słowa. Zasłona wstydu z obu stron.
Widząc ją, zaczynam myśleć: "Jak mogłem stać się maszynką do zabijania?".
Takimi słowami pan wtedy myśli: "maszynka", "zabijanie"? - Nie, jeszcze wtedy nie. W tamtym czasie, a jest rok 1985, myślę i mówię: płód, zarodek, embrion, trofoblast. Ale przecież łyżeczkując, widzę co innego: dziecko, jego rączki, nóżki, główkę.
Żeby jakoś pokonać ten dysonans i zarazem nie zwariować, piję wódkę i robię się coraz bardziej ostry, czasem brutalny. Krzyczę na pacjentki, jakbym chciał przerzucić na nie winę za to, że muszę przeprowadzać zabiegi. Że przyszło mi sprzątać po ich seksualnych ekscesach. Pozwalam sobie nawet na jakieś makabryczne żarty... Chcę pokazać, jaki jestem twardy, zdecydowany, bez wątpliwości. Maska na twarz i robić swoje. Oto racjonalnie myślący materialista, który wszystko zniesie.
A nie jest pan taki? - Pochodzę z rodziny katolickiej, gdzie do pacierza klęka się wspólnie z rodzicami, gdzie modlitwę odmawia się przed każdym obiadem i kolacją, gdzie chodzi się do kościoła nie tylko w niedzielę i święta. Gdzie rodzice są świętością a słowo "autorytet" ma wagę.
Autorytet, czyli kto? - Nauczyciel, ksiądz, ogólnie: człowiek starszy. Panuje kult przedwojnia. Pamiętam takie powiedzenie: "Jak za starej Polski". Odległa, lepsza, kraina.
Dzieci, a jest nas czworo, są dorosłym posłuszne, zasłuchane w ich słowa, pamiętają o obowiązkach: sprzątanie, mycie naczyń, zakupy, rzetelna nauka...
Pruski dryl. - Nieprawda. Rodzice nie bili, tylko z nami rozmawiali. Nie są wylewni - jak to na Śląsku - ale szczerzy i autentyczni w tym, co robią. A dla dzieci ważniejszy jest przykład niż słowa. Ja w szkole średniej nie piję alkoholu, nie palę, dobrze się uczę, chcę być lekarzem. Przez cztery lata liceum opuszczam tylko dwa dni nauki. Potem się to zmienia.
Na Śląską Akademię Medyczną trafiam w ostatnich latach Gierka.
W ostatnich latach śląskiego, pozornego, dobrobytu...
- Alkohol, muzyka, imprezy. Zachwyt dorosłością. Wchodzę w to. Wstyd mi już klękać przy kolegach w pokoju. Odpuszczam sobie pacierz, a potem niedzielne msze. Ale kiedy jadę do rodziców, nie daję nic po sobie poznać.
A wybór ginekologii? - Przypadek. Na stażu w szpitalu w Żorach wpadam w oko ordynatorowi oddziału ginekologicznego. Po stażu dostaję mieszkanie w bloku i etat. Zakochuję się - Danuta, magister pielęgniarstwa, będzie moją żoną.