http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nadchodzą nowi mieszczanie

Magdalena Kursa
2009-09-22, ostatnia aktualizacja 2009-09-22 10:49

Tradycyjny styl gry w kręgle straci popularność? (Fot. Jacek Marczewski / AG)

W Polsce po raz pierwszy w historii powstaje silne, otwarte na świat mieszczaństwo - mówi Paweł Kubicki z Instytutu Europeistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego

ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Rozmowa z Pawłem Kubickim*

Magdalena Kursa: Z waszych badań wynika, że 20 lat po upadku PRL w wielkich miastach zaczyna dominować nowa generacja, która jest otwarta na świat, tolerancyjna. Kim są ci nowi mieszczanie?

Dr Paweł Kubicki: To pokolenie 30-, 40-latków, dla których styl życia, który oferują im wielkie miasta, staje się podstawą do tworzenia własnej tożsamości. Identyfikacja z Warszawą, Krakowem czy Wrocławiem jest dla nich często silniejsza niż z państwem czy narodem. Cenią takie wartości, jak: otwartość, wielokulturowość, postawy proekologiczne itp. Często angażują się w organizacje pozarządowe działające na rzecz ich miasta czy dzielnicy.

Nie uciekają do domu na przedmieściach, ale zostają w centrum, by korzystać z tego wszystkiego, co proponuje im kultura wielkomiejska - ze swą siecią teatrów, kin, galerii. Ten styl życia, na który składa się np. czytanie gazety w ogródku kawiarnianym czy jedzenie kolacji na mieście, jest dla nich na tyle cenny, że godzą się na wiele niedogodności, jakie niesie życie w śródmieściu, gdzie np. kupno średniej wielkości mieszkania kosztuje tyle, ile dom za miastem. Najmłodsi z tego pokolenia wolą dzielić mieszkanie w centrum z kilkoma obcymi osobami, nawet jeśli czas studiów mają już za sobą, niż na przykład wrócić do swojego miasteczka, gdzie stać ich na własne, samodzielne lokum.

Choć nowi mieszczanie są w dużej mierze potomkami wiejskich przodków, nie zajmują się odkrywaniem ich korzeni, interesują się natomiast przeszłością swoich miast. Na przykład Gdańsk i Wrocław pozytywnie wartościują swoje niemieckie dziedzictwo, w Krakowie najmodniejszą dzielnicą stał się żydowski Kazimierz. To pokazuje, jak głębokie zmiany zachodzą w polskich miastach. W Krakowie jedną z najpopularniejszych imprez jest Festiwal Kultury Żydowskiej, we Wrocławiu - np. Festiwal Kultury Mniejszości Niemieckiej.

Wielokulturowość dobrze się zresztą sprzedaje. Specjaliści od promocji miast, chcąc przyciągnąć turystów czy inwestorów, najczęściej określają dane miasto jako wielokulturowe, co w domyśle oznacza komunikat, że jest otwarte, tolerancyjne.

Tolerancja przekłada się na liczbę inwestorów i nowych miejsc pracy?

- Według znanych badań prof. Richarda Floridy, Amerykanina badającego socjologię i ekonomię miast, w przyszłości najdynamiczniej rozwijać się będą te ośrodki, w których mieszkają najbardziej kreatywne jednostki. Aby przyciągnąć takie osoby, miasto musi im zaoferować obok wysokiego standardu życia także pluralizm i tolerancję, gdyż najbardziej kreatywni z reguły nie dają się zaklasyfikować do jednego dominującego wzoru kulturowego.

Dlatego tak ważne są przestrzenie, w których "wolno więcej". Taką funkcję pełni np. krakowski Kazimierz, widać takie tendencje na warszawskiej Pradze, a we Wrocławiu planowana jest na dużą skalę rewitalizacja Nadodrza, które ma szansę, by stać się kreatywną dzielnicą. W takich przestrzeniach sfera wolności jest dużo szersza, np. na Kazimierzu geje mogą spacerować za rękę, na krakowskim osiedlu Prokocim już raczej nie.

Kraków jest zresztą przykładem, że coś tak nieuchwytnego jak klimat miasta można przekuć na konkretne pieniądze zostawiane przez turystów czy inwestorów. Poznań z kolei postawił konsekwentnie na budowanie proekologicznej marki i tylko dzięki temu ściągnął na koncert rockowy zespół Radiohead. To lepsza promocja niż dziesiątki spotów wykupionych za ciężkie pieniądze, np. w CNN.

Z kolei Łódź czy Szczecin nie potrafiły wykorzystać wielokulturowego dziedzictwa dla swej promocji. Szczecin w początku lat 90. rozwijał się znacznie dynamiczniej niż Wrocław, jednak wyhamował w trakcie kadencji prezydenta Jurczyka, momentami ksenofobicznej. Choć jest mniejszy od Wrocławia, ma lepsze położenie. Jest o krok od Berlina, jest też miastem portowym - to ogromny potencjał biznesowo-turystyczny. Szczecin przespał jednak wejście Polski do Unii Europejskiej, nie potrafi też przyciągać kreatywnego kapitału. Podczas naszych badań spotykaliśmy szczecinian, którzy w poszukiwaniu pracy przeprowadzili się do Wrocławia.

Czy wejście Polski do Unii Europejskiej wpłynęło na te procesy?

- Oczywiście. Globalizacja sprawia, że od co najmniej dwóch dekad obserwujemy tworzenie się tzw. miast sieciowych, które z powodu nieustannej wymiany kapitału, usług i ludzi coraz bardziej upodabniają się do siebie. Dla polskich miast sieć ta otworzyła się zwłaszcza po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej.

Wśród naszych respondentów słyszeliśmy często: kilka lat mieszkałem w Londynie, studiowałem rok w Amsterdamie, pracowałem rok w Berlinie. Możliwe jest to dlatego, że w miastach tych koncentrują się instytucje, które stymulują działania w ramach sieci: uniwersytety, korporacje międzynarodowe itp.

Dzięki swoim doświadczeniom mieszkańcy dużych polskich miast zaczynają porównywać je z innymi europejskimi miastami, poszukiwać najlepszych rozwiązań, zwłaszcza że np. Wrocław jest dziś lepiej skomunikowany z Berlinem czy Pragą niż Warszawą. Z Krakowa łatwiej, szybciej i często taniej dotrzeć do Londynu niż do Warszawy. O ile w Polsce lokalnej "obcość kulturowa" jest do dziś postrzegana raczej negatywnie, z uprzedzeniami, o tyle w kulturze miejskiej jest wartością pozytywną, inspirującą.

Badania nowego mieszczaństwa zaczęliście od Krakowa i Wrocławia. Dlaczego?

- Wybraliśmy te miasta, bo są przykładem na różne drogi kształtowania się miejskiej tożsamości. We Wrocławiu po II wojnie światowej nastąpiła niemal zupełna wymiana ludności. W Europie nie ma wiele podobnych przypadków. Miejsce niemieckich mieszczan zajęli Polacy pochodzący głównie z terenów wiejskich i małomiasteczkowych. Natomiast Kraków od zawsze wpisany był w polską narodową narrację i był jednym z niewielu miast, gdzie rodzime mieszczaństwo rozwijało się ewolucyjnie. Dziś oba miasta posiadają podobny potencjał, w obu miastach tworzy się silna klasa mieszczańska. Ale widać też różnice.

Jakie?

- Wrocławianie są większymi optymistami. Uważają, że żyją w mieście sukcesu, i na dodatek są przekonani, że to przede wszystkim ich zasługa. Fenomenem na polską skalę jest to, że nie istnieje tutaj podział na "my" - obywatele - i "oni" - władza.

Pokoleniowym doświadczeniem była dla wrocławian powódź w 1997 r. Wówczas, ratując swoje miasto, po raz pierwszy poczuli, że tworzą jedną społeczność. Przestali się zastanawiać, czy to miasto polskie, czy niemieckie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 27 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    32 głosy

Co się stało z Madzią?

Matka półrocznej Madzi z Sosnowca wyznała, że córeczka wyślizgnęła się jej w domu z kocyka i uderzyła główką w wysoki próg