http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Cuba libre na chwilę

Maciej Stasiński
2009-09-22, ostatnia aktualizacja 2009-09-22 08:01

Sześć godzin szczęścia na Kubie. Świadkowie mówią, że było to najbardziej radosne i beztroskie święto, jakie Kubańczycy mieli okazję przeżyć w ciągu ostatnich dziesięcioleci

Mieszkańcy Hawany pchają fiata 126p produkowanego kiedyś w Polsce. Zdjęcie z kwietnia br.
Fot. Javier Galeano AP
Mieszkańcy Hawany pchają fiata 126p produkowanego kiedyś w Polsce. Zdjęcie z...
SERWISY
Na placu Rewolucji w Hawanie, tym samym, na którym dyktator Fidel Castro zwykł godzinami katować poddanych ideologicznymi kazaniami i na którym 11 lat temu Jan Paweł II wzywał dyktatora do otwarcia wyspy na świat, w niedzielę ponad milion Kubańczyków przez sześć godzin pod palącym słońcem słuchało latynoskich idoli rocka, salsy, rumby czy merengue.

Było święto ludowe, nie było polityki, o którą przez ponad dwa miesiące trwała awantura między przeciwnikami a zwolennikami koncertu. Kolumbijski rocker Juanes, laureat 17 nagród Grammy, zapewne nie wiedział, że wkłada kij w mrowisko, gdy rzucił pomysł koncertu "Pokój bez granic".

Najbardziej zawzięci antykomuniści z kubańskiej emigracji w Hawanie rozpętali kampanię przeciw "legitymizacji przez muzyków dyktatury braci Castro". W dzielnicy Mała Hawana w Miami grupka emigrantów niszczyła w weekend płyty Juanesa kijami bejsbolowymi, a jeden z nich dwutonowym walcem miażdżył CD zdrajcy. Na ulicach Miami doszło do bójek, Juanesowi grożono śmiercią. Reżim komunistyczny postawił warunki. Nie zgodził się na zaproszenie Willy'ego Chirino, autora pieśni o Lucyferze. Odwiedzając wyspę, diabeł przegrał zakład o duszę z Kubańczykiem, który zamiast o gitarę ze złota poprosił, by diabeł zabrał do piekła "tego szczura" dyktatora.

Sławna Gloria Estefan sama nie chciała przyjechać. Dyktatura wpuściła za to zespół kubańskich raperów Orisza, którzy uciekli z wyspy kilka lat temu.

Większość Kubańczyków na Florydzie była jednak za koncertem, bo uważa, że trzeba przerzucać mosty. Także kubańscy dysydenci - ci, którzy nie siedzą w więzieniach - poparli koncert w zbiorowym liście, choć wiedzieli, że reżim wykorzysta święto muzyki. A niektórych z nich służba bezpieczeństwa ostrzegała, by trzymali się z daleka od placu. Dysydenci poprosili tylko Juanesa, by upomniał się o więźniów politycznych.

Piosenkarz wprost tego nie zrobił, ale i tak wszystko, co śpiewali i krzyczeli ze sceny muzycy, miało posmak wołania o wolność i niosło otuchę Kubańczykom.

Każda wzmianka o Kubie, każde słowo skierowane do publiczności było przyjmowane z wdzięcznością.

- Czas na zmiany! Czas, by miłość zastąpiła nienawiść! -wołała ze sceny gwiazda muzyki merengue Olga Tanon.

- Przyjechaliśmy na Kubę z miłości i przezwyciężyliśmy strach. Mamy nadzieję, że i wy go przezwyciężycie! - krzyczał Juanes w imieniu kilkunastu muzyków z Hiszpanii, Włoch, Portoryko i Ekwadoru, którzy z nim przyjechali. Tuż przed koncertem zrobiło się groźnie. Wydawało się, że wlewający się od wielu godzin tłum rozsadzi plac. Ludzie wdrapywali się na słupy, chwiały się trybuny dla dziennikarzy. Ale gdy huknęła muzyka, tłum stopiła w jedno harmonia rytmu i tańca. Świadkowie i blisko dwustu zagranicznych dziennikarzy, którzy specjalnie akredytowali się na ten koncert, są zgodni. Plac Rewolucji drżał, unosił się i chodził, a nieprzebrana ciżba przypominała "ogromne, przepiękne, roztańczone zwierzę".

- Ideologiczna wojna jest absurdalna. Sztuka jest większa od polityki. Nie dzieli. Jest dla wszystkich - mówił Juanes w przerwie.

Gdy korespondent hiszpańskiego "El Pais" próbował wypytać młodą Kubankę, co myśli o politycznym kontekście koncertu, usłyszał: - Człowieku, nie przynudzaj, ruszaj dupą i nie gadaj o polityce!

Ludzie wołali: "Jestem szczęśliwy!", "Juanes zwrócił mi godność!", "Niech żyje miłość!", "Jestem Kubańczykiem i jestem z tego dumny. To historyczny dzień, będę o nim opowiadał dzieciom i wnukom!". Wielu płakało.

Koncert kończył słynny temat "Chan, Chan" zmarłego weterana kubańskiej muzyki Compaya Segundo, a Juanes wykrzyknął: "Niech żyje jedna wielka rodzina kubańska! Cuba libre!".

Po tym koncercie nic się pewnie na wyspie nie zmieni. Ani szpetna dyktatura się nie upudruje, ani Kubańczycy nie ruszą na komitety. Ale do publiczności w USA i Ameryce Łacińskiej, gdzie koncert transmitowały telewizje, dotarło przesłanie, czego pragną Kubańczycy. Im samym zaś tego festiwalu radości, solidarności i jedności nikt nie odbierze.



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':