Z europejskich krajów największy, bo prawie 10-tysięczny kontyngent, głównie w południowej prowincji Helmand, utrzymuje właśnie
Wielka Brytania. Niemcy posłali do Afganistanu ponad 4 tys. żołnierzy, ale wyłącznie do bezpiecznej do niedawna północnej prowincji Kunduz i z zakazem uczestniczenia w operacjach przeciwko talibom w innych prowincjach. Liczące 2-3 tys. żołnierzy kontyngenty mają też Francja,
Włochy i Polska. Holandia ma 1,8 tys. żołnierzy, Hiszpania - 800, Dania i
Turcja po 700. Z pozaeuropejskich sojuszników
USA najliczniej reprezentowane są w Afganistanie Kanada (2,8 tys. żołnierzy) i
Australia (ponad 1 tys.).
"Niemcy będą mogły wysłać więcej wojsk, podobnie jak Francja i Włochy, które zwolnią swoich żołnierzy po zakończeniu misji pokojowych w Libanie i Kosowie" - wyliczali urzędnicy z NATO, cytowani przez "Guardiana". Na razie dodatkowych 200 żołnierzy postanowili wysłać Hiszpanie, a Nowa Zelandia setkę komandosów.
Dodatkowych 2 tys. żołnierzy domagają się też od premiera Gordona Browna brytyjscy wojskowi z Helmandu. Według "Guardiana" związane jest to z planami amerykańskich generałów, którzy uznali, że większość ich wojsk i ciężar wojny trzeba przenieść z południa na wschód - do prowincji Paktia, Paktika i Chost, co zapowiada niespokojne czasy dla Polaków w leżącej po sąsiedzku Ghazni.
Tam właśnie królują partyzanci sprzymierzonego z talibami komendanta Dżalaluddina Hakkaniego, weterana dżihadu jeszcze z lat 80. i czasów wojny z ZSRR. Amerykanie uważają, że dowodzeni przez mułłę Omara talibowie z Kandaharu i Helmandu niewiele już dziś mają wspólnego z Al-Kaidą, która rozpanoszyła się w Afganistanie, gdy sprawowali władzę w latach 1996-2001. Za to coraz bliższe relacje utrzymuje z Al-Kaidą sędziwy Hakkani, a przede wszystkim jego syn Siradżuddin. Zdaniem amerykańskiego wywiadu to właśnie wojsko Hakkanich jest dziś większym zagrożeniem niż talibowie.
Osamotnieni Brytyjczycy w Helmandzie muszą więc mieć większe siły, by zapanować nie tylko nad tą prowincją, ale być może także nad Kandaharem i Uruzganem. Wraz z Amerykanami wierzą, że przynajmniej z częścią kandaharskich talibów uda im się w końcu zawrzeć pokój.
W swoim raporcie dla prezydenta Baracka Obamy gen. Stanley McChrystal, dowódca zachodnich wojsk, podkreśla, że zadaniem koalicji ma być odtąd nie tylko zabijanie talibów, ale także przekabacanie ich na swoją stronę. McChrystal i jego przełożony gen. David Petraeus przywołują swoje doświadczenia z wojny w Iraku, gdzie właśnie gwałtowne zwiększenie liczby wojsk USA i przeciągnięcie na swoją stronę części partyzantów związanych z Al-Kaidą sprawiło, że Amerykanie mogli głośno mówić o zwycięstwie i powoli myśleć o ewakuacji wojsk.
McChrystal proponuje także dalszą rozbudowę afgańskiej armii, do ćwierć miliona żołnierzy z obecnych 88 tys., oraz policji - do 162 tys. z obecnych 82 tys.
W niedzielnych wywiadach telewizyjnych Obama przypominał, że celem inwazji na Afganistan jesienią 2001 r. była nie budowa demokracji, lecz pokonanie talibów i Al-Kaidy, a także zapewnienie, że kraj ten nigdy więcej nie posłuży za kryjówkę do przygotowania ataków na Zachód. - Trochę odbiegliśmy od tego celu - powtarzał Obama.
"Zachód gotów jest oddać Afganistan plemiennym watażkom, nawet tym wrogim Zachodowi - mówił w zeszłym tygodniu anonimowy dyplomata "Guardianowi". - Pod jednym tylko warunkiem: nie mogą pozwolić, by Al-Kaida szkoliła u nich zamachowców, których potem pośle do Ameryki, Wielkiej Brytanii czy Niemiec".
Talibowie nie chcą jednak z nikim rozmawiać, dopóki ostatni obcy żołnierz nie zostanie wycofany z Afganistanu. Potem - powiadają - kabulski rząd prezydenta Hamida Karzaja natychmiast upadnie, a zwołana Loja Dżirga, wielka rada przywódców politycznych, duchowych i plemiennych, wybierze nowe władze.
Afgańscy politycy, którzy pośredniczą w rozmowach z talibami, twierdzą, że Zachód powinien zrobić wszystko, by przekonać talibów do wzięcia udziału w Loja Dżirdze. Potem zachodnie wojska, odtrąbiwszy zwycięstwo, z najwyższą ochotą mogłyby opuścić Afganistan.
Dla Gazety Joseph Wood ekspert German Marshall Fund w Waszyngtonie, emerytowany pułkownik lotnictwa USA To, co się dzieje w Afganistanie, to wielki test przywództwa i dla Baracka Obamy, i dla polityków europejskich. Po pierwsze, jeśli NATO przegra w Afganistanie, zmaleje bezpieczeństwo i USA, i Europy, bo zamachy Al-Kaidy na Nowy Jork czy Londyn staną się bardziej prawdopodobne. Po drugie, rozpad spójności Sojuszu w kwestii Afganistanu zmusi jego członków do przemyślenia swych koncepcji bezpieczeństwa, dziś przecież opartych na członkostwie w NATO. Nie sądzę jednak, by w najbliższym czasie prezydent Obama w twardy sposób zażądał od Europejczyków nowych wojsk. Nie wiadomo, czy sam wyśle nowe oddziały, bo choć gen. McChrystal tego żąda, to z ostatnich wypowiedzi widać, że Obama jest sceptyczny. Od Europy zażąda raczej potężnego wzrostu pomocy niemilitarnej - miliardów na odbudowę Afganistanu, szkolenie tamtejszej armii, policji czy administracji.
Anand Menon ekspert londyńskiego Chatham House Raport gen. McChrystala wzmocni nacisk USA na europejskich sojuszników w sprawie zwiększenia kontyngentów w Afganistanie, ale bardzo wątpię, czy to przyniesie jakikolwiek skutek. Waszyngton już od wielu miesięcy prosi, negocjuje i straszy Europę ryzykiem klęski w Afganistanie - i niewiele z tego nie wynika. Wielka Brytania nie wyśle więcej wojsk, Francja też nie, Niemcy - oby nie zaczęły myśleć o zmniejszaniu kontyngentu.
Czy USA mogą liczyć na młodych członków NATO, w tym Polskę? Wyobrażam sobie, jak skomplikowane negocjacje dyplomatyczne zaczną się wkrótce w tej sprawie. Jednak rezygnacja z budowy tarczy antyrakietowej, niezależnie od jej prawdziwych motywów, na pewno nie pomoże w zwiększaniu wysiłku zbrojnego Europy Środkowej w Afganistanie. Zwłaszcza że jest on postrzegany głównie jako "pomaganie Ameryce", a nie bronienie własnego bezpieczeństwa. Wiele krajów Europy zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji w Afganistanie, ale - jak podejrzewam - liczą na to, że USA są w stanie udźwignąć rosnący ciężar afgańskiej operacji. I to poczucie zwalnia ich rządy od wzięcia pełnej współodpowiedzialności za sytuację w tym kraju.
not. tobi