Daje krzepę, krasi lica nielegalna śliwowica
22.09.2009
, aktualizacja: 21.09.2009 18:18
Święto owocobrania w Łącku. Tu króluje nielegalnie pędzona śliwowica (Fot. Tomasz Wiech / Agencja Gazeta)
Pomiędzy straganami dziarsko krążą parlamentarzyści. Jest Platforma i PSL. Brata się z nimi PiS. Degustują. Podziwiają kolor. Rozkoszują się bukietem. Słabość do śliwowicy jest ponadpartyjna. Tylko sam trunek zakazany
- Łącka śliwowica miała się dobrze przez 400 lat. A teraz? Jeszcze chwila i zdechnie - mówi wójt Franciszek Młynarczyk. - Wykańcza ją ten stan kompletnej paranoi. Tracą górale, oszuści budują na niej fortuny.
Ostatni przykład? Niedzielne święto owocobrania w Łącku.
Owocobranie, czyli święto trunku wyklętego przez proboszcza
Łącka śliwowica to marka znana w kraju i za granicą. Opatentowana, chroniona przez specjalnie powołaną spółkę gminną. Konserwator zabytków wpisał ją nawet na listę niematerialnych dóbr kultury. Gdzie problem i paranoja? Prawo zakazuje produkcji trunku, ale każdy z blisko 300 sadowników w gminie ją robi, nie bacząc, że za pędzenie i sprzedaż może trafić do więzienia. Przynajmniej teoretycznie, bo miejscowa policja górali nie ściga, chociaż doskonale wie, kto i gdzie pędzi.
- A jak ma ścigać, skoro śliwowicę można kupić nawet w miejscowym komisariacie? - twierdzi Grzegorz Russak, do niedawna prezes Polskiej Izby Produktu Regionalnego.
Ta 70-proc. wódka o charakterystycznym zapachu i smaku dostaje prestiżowe nagrody, którymi chwali się wójt, wystawiając je w urzędowych gablotach. W Łącku i okolicy wytwarzana jest od XVII w. Od 13 lat gmina organizuje też święto śliwowicy.
- No, właściwie to już się nie nazywa świętem śliwowicy, tylko owocobrania - prostuje wójt Młynarczyk. - Musieliśmy zmienić nazwę, bo bardzo niektórych drażniła.
"Niektórzy" to - jak się dowiaduję - urzędnicy Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego i Starostwa Powiatowego w Nowym Sączu.
- Ktoś zwrócił uwagę, że nie można się bawić na święcie wyklętej przez prawo śliwowicy - przyznaje nieoficjalnie jeden z notabli. Ale na zmianę naciskał także miejscowy proboszcz, któremu nie podobało się "święto opilstwa".
Górale są zawiedzeni: - Po co zmieniać? Kto teraz przyjedzie na festyn? Dawniej z całej Polski jeździli, a teraz?
- Dwa lata temu festyn był dużo większy. Teraz ludzi przyjechało o połowę mniej. Za kilka lat może święta już wcale nie być - mówi gospodarz z pobliskiej wsi Zagorzyn.
Na niedzielnym święcie owocobrania na straganach królowała oczywiście śliwowica. Pomiędzy kramami dziarsko krążyli parlamentarzyści - posłowie Andrzej Czerwiński i Witold Kochan z PO, Bronisław Dutka z PSL. Był też senator Stanisław Kogut z PiS. Posłowie już w południe - jako komisja konkursu na najlepsze stoisko - oceniali trunek.
- Panowie wiedzą, ta wódka jest nielegalna - zauważam.
- Tak jest! Trzeba ją jak najszybciej zalegalizować - odpowiadali jednym głosem.
Wójt Młynarczyk: - Mówią tak już od 20 lat i nic się nie zmienia.
Czy można sprzedawać śliwowicę, zapytałem w miejscowym komisariacie. Konsternacja. Po blisko 40 minutach na festyn podjechał radiowóz, ale interwencja skończyła się na szeptaninie z organizatorami. Śliwowica królowała na straganach do wieczora.
Gorzelnie mają się dobrze, a wójt nie może wyjść z podziwu
- Na tej sytuacji korzystają tylko oszuści - uważa Młynarczyk. - Co rusz powstają lewe gorzelnie, które pędzą z byle czego. Z porzeczek, z jabłek, dosypują trochę śliwek, dolewają spirytusu przemysłowego. Przypominam, że tradycyjna śliwowica jest bez spirytusu, drożdży, wody i cukru. Same śliwy w beczkach!
W grudniu 2007 roku w Czarnym Potoku (wieś oddalona cztery kilometry od Łącka) CBŚ i Straż Graniczna nakryły jedną z takich gorzelni, a w niej 32 tys. litrów zacieru.
- Pan sobie wyobraża? Dla porównania - jedno gospodarstwo jest w stanie wyprodukować w ciągu roku około 50 litrów śliwowicy. Mnożąc przez 300 gospodarstw, otrzymujemy 15 tys. litrów. Trzeba pomnożyć to razy osiem złotych, bo tyle mniej więcej powinna wynosić akcyza od butelki, gdybyśmy mogli produkować śliwowicę. Na tym jednym wykrytym przypadku państwo straciło ponad 250 tys. zł. A ile mogłoby zarobić, gdyby śliwowica była legalna? - mówi Krzysztof Maurer, szef stowarzyszenia Łącka Droga Owocowa, które walczy o legalizację regionalnego alkoholu.
Ostatni przykład? Niedzielne święto owocobrania w Łącku.
Owocobranie, czyli święto trunku wyklętego przez proboszcza
Łącka śliwowica to marka znana w kraju i za granicą. Opatentowana, chroniona przez specjalnie powołaną spółkę gminną. Konserwator zabytków wpisał ją nawet na listę niematerialnych dóbr kultury. Gdzie problem i paranoja? Prawo zakazuje produkcji trunku, ale każdy z blisko 300 sadowników w gminie ją robi, nie bacząc, że za pędzenie i sprzedaż może trafić do więzienia. Przynajmniej teoretycznie, bo miejscowa policja górali nie ściga, chociaż doskonale wie, kto i gdzie pędzi.
- A jak ma ścigać, skoro śliwowicę można kupić nawet w miejscowym komisariacie? - twierdzi Grzegorz Russak, do niedawna prezes Polskiej Izby Produktu Regionalnego.
Ta 70-proc. wódka o charakterystycznym zapachu i smaku dostaje prestiżowe nagrody, którymi chwali się wójt, wystawiając je w urzędowych gablotach. W Łącku i okolicy wytwarzana jest od XVII w. Od 13 lat gmina organizuje też święto śliwowicy.
- No, właściwie to już się nie nazywa świętem śliwowicy, tylko owocobrania - prostuje wójt Młynarczyk. - Musieliśmy zmienić nazwę, bo bardzo niektórych drażniła.
"Niektórzy" to - jak się dowiaduję - urzędnicy Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego i Starostwa Powiatowego w Nowym Sączu.
- Ktoś zwrócił uwagę, że nie można się bawić na święcie wyklętej przez prawo śliwowicy - przyznaje nieoficjalnie jeden z notabli. Ale na zmianę naciskał także miejscowy proboszcz, któremu nie podobało się "święto opilstwa".
Górale są zawiedzeni: - Po co zmieniać? Kto teraz przyjedzie na festyn? Dawniej z całej Polski jeździli, a teraz?
- Dwa lata temu festyn był dużo większy. Teraz ludzi przyjechało o połowę mniej. Za kilka lat może święta już wcale nie być - mówi gospodarz z pobliskiej wsi Zagorzyn.
Na niedzielnym święcie owocobrania na straganach królowała oczywiście śliwowica. Pomiędzy kramami dziarsko krążyli parlamentarzyści - posłowie Andrzej Czerwiński i Witold Kochan z PO, Bronisław Dutka z PSL. Był też senator Stanisław Kogut z PiS. Posłowie już w południe - jako komisja konkursu na najlepsze stoisko - oceniali trunek.
- Panowie wiedzą, ta wódka jest nielegalna - zauważam.
- Tak jest! Trzeba ją jak najszybciej zalegalizować - odpowiadali jednym głosem.
Wójt Młynarczyk: - Mówią tak już od 20 lat i nic się nie zmienia.
Czy można sprzedawać śliwowicę, zapytałem w miejscowym komisariacie. Konsternacja. Po blisko 40 minutach na festyn podjechał radiowóz, ale interwencja skończyła się na szeptaninie z organizatorami. Śliwowica królowała na straganach do wieczora.
Gorzelnie mają się dobrze, a wójt nie może wyjść z podziwu
- Na tej sytuacji korzystają tylko oszuści - uważa Młynarczyk. - Co rusz powstają lewe gorzelnie, które pędzą z byle czego. Z porzeczek, z jabłek, dosypują trochę śliwek, dolewają spirytusu przemysłowego. Przypominam, że tradycyjna śliwowica jest bez spirytusu, drożdży, wody i cukru. Same śliwy w beczkach!
W grudniu 2007 roku w Czarnym Potoku (wieś oddalona cztery kilometry od Łącka) CBŚ i Straż Graniczna nakryły jedną z takich gorzelni, a w niej 32 tys. litrów zacieru.
- Pan sobie wyobraża? Dla porównania - jedno gospodarstwo jest w stanie wyprodukować w ciągu roku około 50 litrów śliwowicy. Mnożąc przez 300 gospodarstw, otrzymujemy 15 tys. litrów. Trzeba pomnożyć to razy osiem złotych, bo tyle mniej więcej powinna wynosić akcyza od butelki, gdybyśmy mogli produkować śliwowicę. Na tym jednym wykrytym przypadku państwo straciło ponad 250 tys. zł. A ile mogłoby zarobić, gdyby śliwowica była legalna? - mówi Krzysztof Maurer, szef stowarzyszenia Łącka Droga Owocowa, które walczy o legalizację regionalnego alkoholu.
1
2
następne »
Skomentuj:
Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX













