Do Dublina pielgrzymują szefowie najważniejszych unijnych instytucji. Był tam już przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek, a w sobotę, chwilę po otrzymaniu mandatu na drugą kadencję, zjawił się tam przewodniczący Komisji Europejskiej José Manuel Barroso.
To ewidentna zmiana strategii. Poprzednio Bruksela, w szczególności Komisja Europejska, przekonywała, że nie może angażować się w kampanię, bo oznaczałoby to mieszanie się w decyzję, którą muszą samodzielnie podjąć Irlandczycy. Bruksela robiła to, mimo że było jasne, iż "nie" Irlandczyków zablokuje traktat w całej Unii Europejskiej. Wtedy Irlandczycy zdecydowali i większością 53 proc. głosów odrzucili traktat.
Tym razem Komisja przyjęła inną strategię. Podczas sobotniej wizyty Barroso straszył Irlandczyków gospodarczymi skutkami ewentualnego drugiego "nie". - Szczerze mówiąc, już są pewne wątpliwości dotyczące przyszłości Irlandii. Niektórzy pytają mnie: czy
Irlandia wyjdzie z UE? Dla zaufania inwestorów konieczne jest, by przyszłość Irlandii w UE była pewna - mówił w wywiadzie dla dziennika "Irish Times".
Głęboko dotknięta kryzysem Irlandia bardzo potrzebuje dziś zagranicznych inwestorów i pożyczkodawców. Barroso groził też Irlandczykom utratą komisarza, co było jedną z najważniejszych kwestii w poprzednim referendum. - Jedyną metodą, by zapewnić, że Irlandia zawsze będzie miała komisarza, jest głosowanie "tak" za Lizboną. W przeciwnym razie oczywiste jest, że będziemy musieli zredukować liczbę komisarzy. To jest zapisane w obecnych traktatach i jesteśmy do tego prawnie zobowiązani - mówił.
Kwestia utraty komisarza bardzo przestraszyła Irlandczyków podczas poprzedniego referendum. Po tamtym głosowaniu przywódcy 27 krajów obiecali więc, że zmienią plany i nie będą redukować liczby komisarzy. Taka wolta prawna jest jednak możliwa jedynie, jeśli obowiązywał będzie nowy traktat lizboński.
Obóz "tak", do którego należą m.in. wszystkie główne partie polityczne z wyjątkiem nacjonalistycznej Sinn Fein, zapunktował w piątek, sprowadzając na wyspę Lecha Wałęsę. Od czasu jego występów na eurowyborczych wiecach Declana Ganleya, głównego przeciwnika traktatu, stanowisko Wałęsy było co najmniej niejednoznaczne. Podczas wizyty w Irlandii podkreślał, że jest zwolennikiem Lizbony.
Jego zdaniem Ganley właściwie definiuje problem deficytu demokratycznego w UE. Odrzucenie traktatu, który daje Unii m.in. szefa dyplomacji i prezydenta, nie jest jednak zdaniem byłego polskiego prezydenta rozwiązaniem właściwym.
Obóz zwolenników traktatu sięga po zagraniczną pomoc, ale nie próżnują także zagraniczni przeciwnicy traktatu. W irlandzką kampanię ostro zaangażowała się brytyjska eurosceptyczna Partia Niepodległościowa (UKIP). Partia i jej sojusznicy z Parlamentu Europejskiego rozesłali do wszystkich irlandzkich domów ulotkę, na której znalazł się m.in. indyk z napisem "Swoboda przemieszczania się dla 75 mln ludzi". Chodzi o ewentualne przyjęcie do UE Turcji ("turkey" to po angielsku zarówno
Turcja, jak i indyk). W ten sposób - choć ma to trudno dostrzegalny związek z traktatem - UKIP straszy napływem na wyspę kolejnych zagranicznych pracowników.
Kwestia zagranicznych pracowników i praw pracowniczych może stać się głównym atutem przeciwników Traktatu w tej kampanii. Część innych argumentów wytrącono im z ręki m.in. gwarancjami dotyczącymi komisarza. Nieprawdziwe argumenty, np. o tym, że Lizbona doprowadzi do zniesienia płacy minimalnej na wyspie, trafiają jednak na podatny grunt. W czasach rosnącego bezrobocia Irlandczycy coraz bardziej boją się bowiem zagranicznej, np. polskiej, konkurencji. I w ten właśnie nurt wpisuje się ów "indyk".
Irlandczycy zagłosują w powtórnym referendum 2 października. Sondaże regularnie wskazują, że zwolenników traktatu jest dziś zdecydowanie więcej niż przeciwników. Nikt nie jest jednak pewien wyniku. Także na dwa tygodnie przed poprzednim głosowaniem sondaże wróżyły jeszcze zwycięstwo "tak".