Byłem w przyjaźni z Bubą Burchard-Bukacką, córką pani Jadwigi, żony ministra. Kiedy nad nielicznymi polskimi Żydami, uchodźcami w Rumunii, zaciągnęła się chmura prześladowań, a niedwuznaczne gesty ze strony niektórych polskich kolegów pozwalały sądzić, że nie tylko ze strony Niemców, ale także z ich strony może mi coś grozić, Buba poprosiła Becka o zgodę na "przechowanie" mnie. Mieszkałem u nich przez kilka miesięcy, właściwie aż do przyjścia armii sowieckiej.
Nie było żadnego porównania z sytuacją Żydów w okupowanej Polsce, ale byłem na żydowskich papierach i przejście do willi Becka oznaczało nie tylko, do pewnego stopnia, koniec strachu, ale i powrót do utraconej, wydawało się na zawsze, ludzkiej więzi, ludzkiego ciepła.
Wilia przeszła źle. Trzech studentów, kolegów Buby nie chciało zasiąść do stołu z Żydem, odmówiło w ostatniej chwili przyjścia, sprawiło, że było nas przy stole trzynaścioro, a Beck wierzył, każdy ma swoje przesady, że 13 w wigilię oznacza śmierć jednej z osób w następnym roku.
Jozef Beck umarł kilka miesięcy później zniszczony gruźlicą i polityką. Umarł w strasznych warunkach, na zapadłej rumuńskiej wsi, zesłany tam po rozpoczęciu bombardowania Bukaresztu przez aliantów. Pochowany został z honorami, ale w skromnym gronie wypędzonych 8 czerwca 1944 r. na cmentarzu Belu w Bukareszcie.
Byłem na tej wilii i na tym pogrzebie.
W 1966 r. pani Jadwiga opublikowała w Londynie szczegóły feralnej wilii, wspomniała o jakimś Polu, ale bez ujawnienia mojego nazwiska. Mądra, wrażliwa pani Jadwiga rozumiała bowiem, że ujawnienie jakiekolwiek związku w Beckiem nie ułatwiłoby mi życia w PRL-u. W swoim liście Pani Jadwiga mówiła z goryczą o "kolegach", którzy, jak pisała, "celowali w Pola". Dopiero kiedy byłem już na Zachodzie i zacząłem publikować w "Kulturze", jej list dotarł do Jerzego Giedroycia, który go potem wydrukował z moim długim wyjaśnieniem w "Zeszytach historycznych" nr 78 z 1986 r. Panią Jadwigę spotkałem tylko raz przed jej śmiercią w 1971 r., Bubę spotkałem kilkakrotnie w Londynie, poznałem też Andrzeja Becka, syna ministra. "Celowali w Pola", pisała pani Jadwiga. "Celowali, ale nie trafili", napisałem w odpowiedzi. Nie trafili dzięki niej właśnie. "Kolegów" dawno zapomniałem, gestu Becków nie zapomnę nigdy.
Jozef Beck miał dwa pogrzeby. Drugi odbył się 21 maja 1991 r. w Warszawie, z pełnymi honorami wojskowymi, tak aby prochy Becka, tak jak chciał, mogły spocząć w jego ziemi. Jestem jedynym uczestnikiem obu pogrzebów. I niech to będzie takie moje epitafium do smutnej, małej historii w cieniu wielkiej, tej przez wielkie H.
Źródło: Gazeta Wyborcza