Ile miał pan procesów sądowych? - Około 30.
Jest pan pieniaczem? - Jestem osobą, która walczy o prawo własności. O odzyskanie własności faktycznej, a nie pozornej. Ja 18 lat mieszkałem w Niemczech i tam się nauczyłem, że prawo należy stosować, a nie tylko mówić, że prawo jest. My w Polsce prawem się nie przejmujemy. I z tym walczę. Co z tego, że mam na własność kamienicę, skoro ktoś inny, a nie ja, decyduje, co się z tym budynkiem dzieje.
To po kolei. W 1987 roku kupił pan kamienicę w Katowicach. Skąd taki pomysł na życie, by zostać kamienicznikiem? - Przypadek. Pochodzę z Siemianowic, jestem Ślązakiem. Tuż przed stanem wojennym wyjechałem do Niemiec i postanowiłem nie wracać po 13 grudnia. Nauczyłem się tam naprawiać urządzenia gastronomiczne, wielkie kuchnie, zmywarki. Dobrze zarabiałem, oszczędzałem. To na Niemcy nie były jakieś wielkie pieniądze do inwestowania, ale na Polskę już spore. Moje inwestycje w
nieruchomości zaczęły się skromnie. Najpierw kupiłem w Katowicach małe mieszkanie dla babci, bo chciała mieszkać osobno, nie z rodzicami. To było pod koniec lat 80. Babcia zapisała mi je w spadku i po jej śmierci wynająłem je pracownicy Lufthansy. A potem pewnego dnia - ciągle jeszcze mieszkałem w Niemczech - zadzwoniła mama z wiadomością, że jest do kupienia kamienica w Katowicach. Kupiłem, wyremontowałem i wynająłem. Spodobało mi się bycie kamienicznikiem - dawałem pracę ludziom przy remontach, płaciłem podatki, miasto wyglądało piękniej i miałem dochody z czynszu. W 1991 wróciłem do Polski.
W rok potem kupił pan drugą kamienicę, a w 1997 roku trzecią. Wszystkie były z lokatorami. Nie bał się pan problemów? - Liczyłem się z problemami, ale nie takimi. To były kamienice prywatne, kupiłem je od spadkobierców przedwojennych właścicieli. W większości mieszkań byli tu lokatorzy z przydziału, czynsze były tzw. regulowane, czyli ustalane uchwałą gminy. Z pierwszymi dwiema kamienicami nie miałem większych kłopotów - część lokatorów sama się wyprowadziła, bo okazało się, że mieli własne
mieszkania lub nawet
domy, część, która nie płaciła czynszu, została wyeksmitowana do lokali socjalnych przyznanych przez gminę. Zrobiłem remont i wynająłem kamienice na lokale biurowe i mieszkalne, już na wolnym rynku. Problemy zaczęły się, kiedy kupiłem trzecią kamienicę, która miała 2,5 tys. metrów kwadratowych i mieszkało tam ok. 20 rodzin.
Bo postanowił pan wyrzucić lokatorów. - Nie tyle wyrzucić, ile podnieść czynsz. Do roku 1998 w kamienicach prywatnych lokatorów z przydziału obowiązywały czynsze regulowane. I moi lokatorzy płacili średnio po 80 gr za metr kwadratowy, choć połowa z nich nawet tego nie płaciła. Miałem staruszka, który zajmował 240 metrów i płacił mi 4 zł za całe mieszkanie. Uważał, że to wystarczy. Mam na to pokwitowania, bo trudno w to uwierzyć. Ale w 1998 roku Naczelny Sąd Administracyjny w Gdańsku uznał, że gmina nie ma prawa ustalać czynszu, a właściciel może podnieść ten czynsz do 4 zł za metr. I tak samo postanowiłem zrobić. Powiedziałem lokatorom, że muszą płacić po 4 zł. Bo 4-5 zł to jest dopiero pokrycie kosztów utrzymania kamienicy: opłat za wodę, sprzątanie, wywóz śmieci, światło na klatce schodowej itd. Zaskarżyłem też do NSA uchwałę miasta Katowice ustalającą czynsz na 80 gr.
Dlaczego? - Właśnie dlatego, że ten czynsz nie pozwalał na utrzymanie kamienicy, czyli działał na moją szkodę. Dla porównania powiem, że w tym samym czasie ja za lokale na wolnym rynku dostawałem po 40 zł za metr czynszu. I tę sprawę w 1999 roku wygrałem - sąd uchwałę miasta uchylił. Jeszcze na wszelki wypadek napisałem do rzecznika praw obywatelskich, czy w sytuacji, kiedy nie ma uchwały miasta, ja mogę ustalać te 4 zł. I rzecznik uznał, że mogę, że to jest zgodne z prawem.
Co na to lokatorzy? - Lokatorom ten wyrok NSA się nie podobał i poszli do sądu. I teraz Sąd Najwyższy przyznał im rację - uchylił korzystny dla mnie wyrok z Gdańska. To był 2002 rok. Wynikało z tego, że nie miałem prawa ustalać tych 4 zł. I że obowiązuje czynsz gminny. Te 80 gr. A orzeczenie rzecznika praw obywatelskich jest tylko jego opinią.
Ile przez cały ten czas lokatorzy panu płacili? - Nic. W ogóle nie płacili, nawet tych 80 gr. W kamienicy, która ma 2,5 tys. metrów kwadratowych, ja przez te lata dostawałem czynsz tylko od dwóch lokatorów - i było to kilkanaście złotych miesięcznie. W końcu komornik ściągnął z mojego konta 35 tys. zł nadpłaconego przez lokatorów czynszu, którego ja nigdy nie dostałem.
Jak to możliwe? - Bo taki był wyrok sądu. Sąd uznał, że lokatorzy płacili mi po 4 zł, a należało się po 80 gr, więc oni mi nadpłacili po 3,20 za każdy metr i ja muszę to zwrócić. I tę różnicę ze mnie ściągnięto. Nikogo nie obchodziło, że nic mi nie zapłacili. Lokatorzy mieszkali, używali wody, wyrzucali śmieci i za nic nie płacili. Mój dochód wynosił kilkanaście złotych, a koszt utrzymania kamienicy 12-13 tys. zł. A ja cały czas tę kamienicę remontowałem - położyłem nowy dach, wstawiłem nowe okna na klatce schodowej, wymieniłem rury do wody, siedem lokali zrobiłem tip-top pod wynajem. Ale lokatorzy byli cały czas przeciwko mnie, bo ja, bandyta, chciałem 4 zł za metr.
Może dla nich te 4 zł to było jednak dużo. - Dla niektórych pewnie tak, ale nie wszyscy byli biedni. Jeden pan w lokalu sprzedawał drzwi antywłamaniowe, a pod Katowicami miał ich wytwórnię. Mieszkał tam taksówkarz, teściowie urzędującego wiceprezydenta miasta ds. lokalowych. A lokale były od 120 do 250 metrów, ogromne.