Jerzy Szmajdziński to wiceszef
SLD i wicemarszałek Sejmu.
opisał poszczególne etapy poszukiwania kandydata na prezydenta. Ale tak naprawdę obnażył bezradność swej formacji. Na rok przed wyborami prezydenckimi, które dla SLD będą policzeniem swego elektoratu, partia nie wie kto będzie ją w nich reprezentował. Marzy im się Jolanta Kwaśniewska. , że żona byłego prezydenta spotkałaby się w II turze z Donaldem Tuskiem. Ale politykom SLD jak na razie nie udało się namówić jej do startu. Dlatego myślą też o Włodzimierzu Cimoszewiczu. W kampanii z 2005 roku, kandydat lewicy był w pierwszej trójce kandydatów prezydenckich, zanim się z niejsekretarzem generalnym Rady Europy. To się rozstrzygnie w październiku. Jeśli nie on, to musi wystartować
Grzegorz Napieralski, przewodniczący Sojuszu. - Musi się zastanowić, czy jest gotów wystartować. Po to przecież zostaje się szefem partii, by to przywództwo weryfikować w najważniejszych wyborach. Jeśli nie chce, to musi znaleźć do tego wiarygodną argumentację - mówi Szmajdziński.
Wicemarszałek przekonuje, że jeśli żadna z tych osób nie wystartuje, rozpoczną się poszukiwania takiego kandydata, który "wiązałby emocjonalnie, moralnie i politycznie ludzi lewicy". Do wyborów rok. To niewiele, by znaleźć kandydata, wypromować go i przekonać wyborców. Lewica skoncentrowana na wewnętrznych sporach (Napieralski-Olejniczak)
gra ogranymi już nazwiskami. A czas mija.
Szmajdziński ponagla kolegów mówiąc: "Donald Tusk zaczął swoją kampanię prezydencką dzień po tym, jak przegrał poprzednie wybory.
Lech Kaczyński zaczął kampanię dzień po zaprzysiężeniu, a my ciągle nie mamy kandydata. Nie możemy więc czekać do wiosny."
Czemu nie? Wiosną budzą się niedźwiedzie.