Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
I Polacy i Rosjanie nie zdają sobie zapewne sprawy jak w tym zapale obrony własnej historii podobni są do siebie. W obu krajach zaangażowały się organy odpowiedzialne za bezpieczeństwo państwa - w Rosji Służba Wywiadu Zagranicznego opublikowała zbiór dokumentów mających świadczyć, że Polska jakoby współpracowała z Niemcami w planach rozbioru ZSRR w latach 1934-39. Oskarżyła też przedwojennego polskiego
MSZ Józefa Becka, że był niemieckim agentem, z czego się potem chyłkiem wycofała.
Zaś u nas prezydenckie Biuro Bezpieczeństwa Narodowego opublikowało raport na temat... rosyjskiej polityki historycznej w czasach Putina. Media w obu krajach piszą o tym zupełnie poważnie, nie dostrzegając absurdu całej sytuacji. Czy ktokolwiek może sobie wyobrazić, że
CIA, brytyjski MI6 bądź inna tego typu instytucja na Zachodzie zajmuje się sposobem interpretacji historii w innym kraju?
Rosyjscy obrońcy "historii bez skazy" są w sytuacji niezbyt zręcznej, bo trudno im polemizować z faktami. Pakt z Niemcami zawarli, wkroczyli do Polski 17 września, zamordowali polskich oficerów w Katyniu, Charkowie i Miednoje. Wybrali więc tradycyjną radziecką taktykę "A u was biją Murzynów". Dr nauk filozoficznych Siergiej Drożżyn (postać bliżej nieznana w rosyjskiej historiografii, ale mająca swoje 5 minut w mediach) pojechał, jak mawiają Rosjanie, "po matuszkie" i wypomniał nam endeckie pomysły wysłania polskich Żydów na Madagaskar oraz... pijaństwo Becka, który notabene rzeczywiście miał problemy z alkoholem.
Cały czas w rosyjskiej telewizji krążyły opowieści o rzekomych tajnych protokołach, które jakoby zawarła Polska z Niemcami w 1934 r. Rosjanie wywołali nas też do tablicy wypominając, że w 1938 razem z Niemcami dokonaliśmy rozbioru Czechosłowacji, zajmując Zaolzie. Na szczęście Czesi nie są narodem tak zwariowanym na punkcie "polityki historycznej" i nie zażądali przeprosin rok temu, w 70 rocznicę rozbioru Czechosłowacji. Nie tylko prezydent, ale w ogóle żaden polski polityk nawet nie zająknął się wówczas o takiej potrzebie. Ale kiedy w sierpniu 2009 r. Zaolziem zaczęli szermować jako argumentem Rosjanie, w przemówieniu na Westerplatte 1 września prezydent Lech Kaczyński przyznał, że zajęcie Zaolzia było błędem i grzechem. Uczynił to nie po to, żeby zadośćuczynić Czechom, bo na to przecież miał aż dość czasu, ale żeby wytrącić z ręki argument Putinowi. Ten nie pozostał dłużny - natychmiast odpalił, że u nich wyrazy ubolewania za Pakt Ribbentrop - Mołotow miały formę uchwały parlamentu, a nie "oświadczeń politycznych liderów".
Do tej wojenki polsko-rosyjskiej doszła jeszcze wojna polsko-polska, czyli spór o to, czy mord polskich oficerów w Katyniu, Charkowie i Miednoje był ludobójstwem. Ilość bzdur, które wygadywali politycy i dziennikarze przy tej okazji, była zaiste kosmiczna. Stefan Niesiołowski, który z definicją ludobójstwa z konwencji ONZ w ręku dowodził, że mord na polskich oficerach za ludobójstwo uznany być nie może, został odsądzony od czci i wiary przez prawicowych polityków i media. Ciekawe ilu tych znawców prawa międzynarodowego z Bożej łaski zadało sobie trud, żeby przeczytać dwie konwencje ONZ i Statut Trybunału Norymberskiego, które definiują ludobójstwo i zbrodnię przeciw ludzkości? Ilu z nich sprawdziło czym się różnią oba terminy i jaka jest ich geneza? Ilu z nich wie, że Federacja Rodzin Katyńskich nie domagała się przed rosyjskimi sądami uznania tej zbrodni za ludobójstwo?
Ale przecież Katyń musiał być ludobójstwem. To aksjomat naszej polityki historycznej.
Polityka historyczna potrzebuje mitów Jej miłośnicy nawet tego nie próbują ukrywać, tłumacząc, że mity są potrzebne narodowej świadomości. A ponieważ mity tworzone dla rzekomych potrzeb narodu najczęściej nie zgadzają się z mitami innych nacji, trzeba im bez ustanku tłumaczyć, że błądzą.
Najważniejszy mit, powtarzany setki razy w mediach, brzmi w skrócie tak: Pakt Ribbentrop - Mołotow umożliwił najazd Niemiec na Polskę i wybuch II wojny światowej, bo gdyby nie pakt z ZSRR, Hitler nie zdecydował by się na atak. II wojna światowa wybuchła dlatego, że doszło do sojuszu Hitlera i Stalina - wedle badań historycznych nie ma co tego wątpliwości. To truizm" - powiedział w wywiadzie dla "Rzeczypospolitej" prezes IPN Janusz Kurtyka.
"Prezes Kurtyka upowszechnia oczywistą nieprawdę, a jego motywów trudno mi dociekać" - odpowiedział mu w "Polityce" wybitny znawca genezy II wojny światowej, dr hab. Stanisław Żerko z Instytutu Zachodniego.
Motywy Kurtyki nie są przecież wcale tak trudne do przeniknięcia. Po prostu prof. Stanisław Żerko zajmuje się historią, a dr Janusz Kurtyka w IPN - "polityką historyczną". Jeśli jakieś fakty z polityką historyczną się nie zgadzają - tym gorzej dla nich.
Fakty te są zaś następujące: Dyrektywa do sporządzenia planu "Fall Weiss" - czyli ataku Niemiec na Polskę została wydana w kwietniu 1939 r. Ofensywa miała się zacząć przed wrześniem 1939 r. czyli jesiennymi roztopami, które mogły utrudnić szybki marsz kolumn pancernych. Brak jest jakichkolwiek źródeł, które potwierdzałyby tezę, że wobec niepewnej reakcji ZSRR atak zostanie odwołany. Jest natomiast dość źródeł, które mówią, że Hitler chciał wojny jak najszybciej, zanim państwa zachodnie zdążą się dozbroić i zestarzeje się nowoczesny na owe czasy niemiecki sprzęt wojskowy. "Zdecydowany na wojnę Hitler jeszcze w czerwcu 1939 r. wahał się czy zawrzeć porozumienie z Moskwą" - pisze Żerko.
Oczywiście, nikomu nie można zabronić wysuwania hipotez, że bez paktu ze Stalinem Hitler by nie zaatakował. Ale równie dobrze można pisać, że nie tylko odwołałby atak, ale nawet przywróciłby demokrację i przeprosił Żydów za prześladowania.
Nie ma i nie może być w Polsce zgody na jakiekolwiek próby usprawiedliwiania mordów i represji wobec Polaków na ziemiach zajętych przez ZSRR. Ale myślenie, że Polacy i Rosjanie, Polacy i Litwini, czy nawet Polacy i Niemcy będą mieli kiedykolwiek zupełnie jednakowy pogląd na historię jest złudzeniem. Będziemy się różnić. I bardzo dobrze. Ważne, żeby spierać się nie o fakty, ale o ich interpretację.
No to wprowadźmy histodumy Są w Polsce dwie szkoły myślenia o historii. Pierwszą z nich najlepiej wyraził jeden z czołowych piewców polityki historycznej prof. Andrzej Nowak programie Jana Pospieszalskiego w TVP: "Polacy mają więcej powodów do dumy z własnej historii niż sąsiedzi".
Prostą konsekwencją tej teorii będzie opracowanie jednostek "dumy historycznej" (np. za wygraną bitwę - 1 histodum, za odkrycie naukowe - 2 histodumy) poprzydzielanie ich poszczególnym narodom, żeby raz na zawsze ustalić hierarchię.
Towarzyszy temu przekonanie, że historyk powinien służyć "polskiej racji stanu". "Polski historyk nie powinien publicznie wspominać o sprawach, które mogą rzucić cień na wizerunek naszego kraju"- tak dosłownie wyraził w kuluarach jeden z uczestników dyskusji naukowej na temat genezy II wojny światowej.
Na szczęście jest też i druga
szkoła, chwilowo w defensywie, ale sądzę, że to do niej należy przyszłość, bo historia przecież pozostanie nauką, a "polityka historyczna" w sprawie II wojny światowej za 50 lat stanie się tak samo bezsensowna, jak dziś byłaby polityka historyczna na temat wojen napoleońskich.