http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Naczelny aprowizator

Wojciech Orliński
2009-09-20, ostatnia aktualizacja 2009-09-16 18:15

Książki z autografem ojca sprawdzają się jako alternatywna waluta. Z ich pomocą można było załatwić gwoździe i rolki papy. Rozmowa z Tomaszem Lemem

Stanisław Lem w swoim mieszkaniu
fot. Adam Golec / Agencja Gazeta
Stanisław Lem w swoim mieszkaniu
Zazdroszczę panu, że mógł pan jakoś podglądać proces twórczy, który prowadził do powstania "Kataru" czy "Wizji lokalnej". Choćby przez dziurkę od klucza...

- Podglądać? Ja ten proces nie tyle podglądałem, co podsłuchiwałem. Pamiętam dźwięk niesłychanie szybkiego stukania w maszynę do pisania. Klawisze nie nadążały za szybkością, z jaką pędziły myśli w głowie ojca. Kiedy to słyszałem, od razu wiedziałem, że nie należy ojcu przeszkadzać. Zresztą drzwi do jego pokoju były zamknięte, jeśli sprawa była poważna, to nawet na klucz.

Gdy teraz redagowałem nasze ostatnie znalezisko, czyli rękopis "Sknoconego kryminału", uderzył mnie pośpiech. Wiele słów jest wstukanych skrótowo, pierwsze dwie-trzy litery. Czasem opowieść ucina się w połowie zdania i ojciec próbuje ją podjąć na nowo, z innej strony.

Ostatnim etapem procesu twórczego było wielkie ognisko za płotem, w którym moja matka paliła stosy kartek. Nawet nie po to, żeby to zniszczyć. Nie było gdzie tego trzymać.

Myślałem, że były palone w kominku.

- Nie, to było w starym domu, w którym nie mieliśmy kominka. Za płotem była zapuszczona łąka, teraz jest tam park, w którym rosną między innymi drzewa zasadzone przez mojego ojca i członków naszej rodziny. Tam było miejsce na ognisko, do dziś widać wypalony krąg.

W którym momencie właściwie uświadomił pan sobie, że jest dzieckiem kogoś wyjątkowego?

- Te olśnienia, że mój ojciec naprawdę był kimś wyjątkowym, mam do dzisiaj. Biorę do ręki jego zapomniany tekst o przyszłości technologii z 1960 roku i sobie uświadamiam, że co do treści to mógłby się spokojnie dzisiaj ukazać w "Scientific American". Trzeba by tylko zastosować nowoczesną terminologię. Ale na takim najprostszym poziomie od bardzo wczesnego dzieciństwa.

Zanim się nauczyłem chodzić porządnie, już mnie uczono, że mam chodzić cicho. Ja się nie skarżę, moje dzieciństwo w PRL dzięki ojcu i tak było pełne przywilejów. Ale w dziecku jest taki naturalny konformizm - pragnienie żyć jak inni, nawet jeśli obiektywnie oznaczałoby to żyć gorzej. Pamiętam na przykład, że wielki żółty mercedes, ostatni samochód mojego ojca, sprzedany niedawno na aukcji charytatywnej, bardzo mnie krępował, choć dla ojca był przedmiotem dumy.

A czy koledzy w szkole prosili o autografy?

- Nie przypominam sobie. Ale za to nauczycielka od historii prosiła mnie, żeby tata - skoro tyle jeździ po świecie - przywiózł jej śrubkę do enerdowskiego młynka do kawy. Autografy przydawały się w latach 80., podczas budowy nowego domu. Okazało się, że książki z autografem ojca sprawdzają się jako alternatywna waluta. Z ich pomocą można było załatwić normalnie niedostępne deski, gwoździe czy rolki papy.

Jakich my mieliśmy wtedy oczytanych budowlańców...

- Nie wiem, czy akurat te książki czytali ci, którzy przyjmowali je w rozliczeniu. PRL to było takie dziwne państwo, w którym za pieniądze załatwić można było niewiele. Liczył się za to dostęp do towaru. Nieważne, czy ktoś lubił kawę, czy nie, paczka kawy miała dla niego wartość o tyle, że można było ją potem wymienić na coś innego. Książki Lema trudno było dostać, więc same w sobie były wartościowe, a podpisane - tym bardziej.

Zawsze mnie fascynowała przenikliwość analizy ustroju PRL pokazana w aluzyjnej humoresce "Profesor A. Dońda" z 1970 roku. Jeszcze przez kilka lat polscy autorzy s.f. snuli pesymistyczne wizje totalitaryzmu z XXI wieku, Lem zaś zdawał się być przekonany, że skoro kupienie łańcucha do roweru wymaga jakichś szamańskich rytuałów i rozbudowanych znajomości, ten świat po prostu musi się zawalić. Taką wiedzę mógł mieć chyba tylko człowiek, który jednak stał w kolejkach i latał po urzędach?

- Od kiedy sięgam pamięcią, ojciec pełnił w naszej rodzinie funkcję naczelnego aprowizatora. To niekoniecznie musiało oznaczać stanie w kolejkach, ojciec miał dostęp do dewiz, więc dużo kupował w Peweksach. Tylko że robienie zakupów w Peweksie wbrew pozorom też było sztuką. Kiedyś ojciec miał do wyboru dwa rodzaje szynki, tańszą i droższą. Kupił droższą, bo się spodziewał, że będzie lepsza. Ale ponieważ wszyscy kupowali tańszą, więc była w miarę świeża, bo regularnie uzupełniano zapasy. Droższej nikt nie kupował, leżała i gdy w końcu ojciec ją wziął - okazała się kompletnie zielona. Bo w PRL zawsze trzeba było wiedzieć, co gdzie kupić, nawet z dolarami w kieszeni nie miało się gwarancji sukcesu. Ojciec był więc zawsze bardzo dumny z tego, co udało mu się dobrego w Krakowie upolować, i jak każdy myśliwy miał swoje sprawdzone miejsca, na przykład cukiernię w hotelu Cracovia.

W książce opisuje pan, jak zaproszonym na poczęstunek krakowskim literatom z Szymborską na czele pański ojciec zaczął wyliczać, które ciastko ile go kosztowało...

- ...po czym ze zdumieniem spojrzał na moją matkę i spytał: "Basiu, dlaczego mnie kopiesz?". Dzisiaj wspominamy takie historie z rozrzewnieniem, ale moja matka musiała chyba wtedy czuć się nie najmilej. Żeby opisać, jak stresujące były te wyprawy do Krakowa w poszukiwaniu jedzenia, dodam anegdotę, której nie ma w książce. Otóż mój ojciec niezbyt się lubił z kotką swojej teściowej. Szanowali się, ale raczej na odległość. Pewnego razu nie wiadomo po co kotka ukryła się w bagażniku. Mój ojciec kupił swoje ulubione ciastka i gdy je chował do bagażnika, kotka wyskoczyła i dała drapaka. Podobno - znam to tylko z opowieści - taksówkarze pod Cracovią najpierw ze stoickim spokojem obserwowali Stanisława Lema biegającego po Błoniach i rozpaczliwie wołającego "kici kici kici", a potem ruszyli na odsiecz i zorganizowali polowanie. Ojciec pognał z kotem do przychodni, w której pracowała moja mama, i na oczach zdumionych pacjentów zawołał: "Basiu! Smolucha jest ze mną!".

Teraz lepiej rozumiem rozpacz Ijona Tichego, któremu się przypaliła polędwica wołowa - kto w PRL polował na mięso, ten wiedział, jak trudno było o dobry kawałek polędwicy...

- Mięso w domu rzeczywiście jadaliśmy rzadko. Przypuszczam, że ojciec nie był na tyle wpływową osobą, żeby coś załatwić w mięsnym poza kolejnością. W Peweksie przecież polędwicy wołowej nie można było kupić, pozostawała więc szynka z puszki. W korespondencji ojca widać ślady tej codziennej walki o rzeczy, które dziś wydają się oczywiste. Znaleźliśmy na przykład w papierach pismo wystosowane przez krakowski oddział Związku Literatów: "Popieramy wniosek naszego kolegi o przyznanie talonu na pralkę. W uzasadnieniu...", i potem przez dwie strony maszynopisu wyjaśnienie, dlaczego koledze Lemowi niezbędna jest pralka. O ile pamiętam, poparcie literatów nie wystarczyło, pralka pojawiła się w domu znacznie później. Ale chyba każdy, kto żył w PRL, musiał się stykać z takimi historiami...

Źródło: Duży Format
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    29 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':