http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nawróceni

Piotr Maciejewski
2009-09-20, ostatnia aktualizacja 2009-09-21 13:26

W więzieniu spotkałem Henry'ego Schmidta, byłego szefa gestapo w Dreźnie. To przede wszystkim on ukształtował moje poglądy

Neonazistowska demonstracja na cmentarzu wojskowym w Halbe, wschodniej części Berlina. 13 listopada 2004 r.
Fot. AP
Neonazistowska demonstracja na cmentarzu wojskowym w Halbe, wschodniej części...
Po tym, co Ingo zrobił, opuścili go wszyscy przyjaciele, a wśród nich:

Freddy - na ciele 200 tatuaży, z czego 150 swastyk w różnych wersjach. Już jako 14-latek uważany był przez Stasi za potencjalnego burzyciela porządku społecznego;

Mike, ksywa "Göring" - gruby jak Göring, w ruchu aktywny od 17. roku życia, wcześniej skinhead. Szczególnie agresywny w stosunku do gejów;

"Śmierdziel" - miłośnik przesłuchań o skłonnościach sadystycznych: łapał lewaków, wiązał do krzesła, krzyczał i bił. Sporządzał dla siebie protokół z przesłuchania i puszczał wolno;

Friedhelm "Grabarz" - z grobów esesmanów wyciągał ordery, buty i części ubrania. Twierdził, że słyszy ich głosy. Nosił mundur i broń. Mył się raz w miesiącu, bo na wojnie też nie można było częściej;

nazi-rockowiec Priem - jego najmłodsza córeczka witała każdego gościa w domu okrzykiem "Heil dir!". Z dziećmi regularnie jeździł do obozów koncentracyjnych i uczył je tam historii.

I przesłali mu paczkę z bombą w środku. Odebrała ją mama Inga.

Wejście

Ingo (dziś 42 lata): Jako dziecko pod koniec lat 70. mieszkałem z matką i ojczymem we wschodnim Berlinie. Rodzice byli dziennikarzami i należeli do Niemieckiej Socjalistycznej Partii Jedności. Oboje zapracowani, nie mieli dla mnie czasu. Mój biologiczny ojciec - dziennikarz, członek NSPJ - też się mną nie interesował. Byłem sfrustrowany brakiem miłości. Biegałem z kolegami po podwórku. Podpatrywałem hipisów, paliłem z nimi pierwsze papierosy, próbowałem pierwszego piwa. Piłem coraz więcej. Z kumplem Freddym kradłem codziennie do 15 butelek wódki. Dołączyliśmy do punków, bo hipisi byli za grzeczni. Słuchaliśmy Sex Pistols i Plasmatics. Naszyłem sobie na kurtce prowokujące hasła: "Zepsuj to, co cię psuje", "Jesteś wolny, gdy nikt nie patrzy". Na murach obok znaków anarchistów malowałem swastyki. Nie wiedziałem, co oznaczają, ale były najbardziej zakazane. Nienawidziłem swojego kraju, chciałem uciekać na Zachód.

W 1987 roku, mając 20 lat, ożeniłem się.

Któregoś dnia pijany w parku wykrzyczałem "Precz z murem!". Wylądowałem na rok w więzieniu. Dzieliłem celę z mordercą - poćwiartował żonę, a zwłoki trzymał dwa tygodnie w walizce. Potem spotkałem Henry'ego Schmidta, byłego szefa gestapo w Dreźnie. To przede wszystkim on ukształtował wtedy moje poglądy. Opowiadał, że Holocaust to kłamstwo, a Żydzi w Auschwitz mieli przyjemne życie. Tłumaczył, skąd bierze się bezrobocie - Niemcom kradną pracę obcokrajowcy. Wskazał mi wroga: NRD - państwo rządzone przez komunistów. Znalazłem w nim autorytet. Chłonąłem ideologię, która tak prosto wyjaśniała świat. Zyskiwałem nową tożsamość. Teraz myślę, że wtedy dałbym się przekonać do czegokolwiek: mógłbym wstąpić do RAF-u (Frakcja Czerwonej Armii - lewicowa organizacja terrorystyczna) albo nawet do scjentologów. W więzieniu przeszedłem szkołę brutalności - biłem bez skrupułów i nikomu nie ufałem.

Moje małżeństwo rozpadło się po zaledwie półtora roku.

Po upadku muru poznałem Michaela Kühnena, przywódcę neonazistów z Zachodu. To on, przyznając się do homoseksualizmu, doprowadził do rozłamu w obozie, a w 1991 roku umarł na AIDS. Do końca nie chciałem uwierzyć, że jest gejem. Oczarował mnie ogładą, wiedzą i elokwencją. Stał się nowym autorytetem. W 1990 roku założyłem z nim pierwszą nacjonalistyczną partię zjednoczonych Niemiec - Narodową Alternatywę - i zostałem jej przewodniczącym.

Matthias (33 lata): Na moje dzieciństwo w Mannheim w rfn największy wpływ mieli dziadkowie. Uwielbiałem ich opowieści wojenne. Na spotkaniach rodzinnych mężczyźni zbierali się przy kolejnej rundzie skata i wspominali stare dobre czasy. Wehrmacht to był okres ich pięknej młodości, do którego wracali z rozrzewnieniem. Roiło się w nim od wspaniałych przygód i brawurowych czynów. Tych wszystkich dziadków i wujków uważałem za bohaterów. Też chciałem zostać żołnierzem, który ponosi bohaterską śmierć. Tak jak ich kuzyni zginąć w walce o Niemcy. Interesowały mnie militaria. Podziwiałem kolekcję broni ojca, miłośnika polowań. Bawiłem się plastikowymi żołnierzami, sklejałem modele pojazdów z drugiej wojny światowej. Słuchałem klasyki i muzyki ludowej, przez co nie dogadywałem się z rówieśnikami rockowcami. Kiedy w szóstej klasie szkoły podstawowej dowiedziałem się o masowych mordach reżimu hitlerowskiego, byłem zdezorientowany. Dlaczego krewni malowali tamte czasy tylko w kolorowych barwach? Gdy pytałem o Holocaust, słyszałem od dziadka: to wprawdzie nie było słuszne, ale Żydzi popełnili i tak wystarczająco dużo przestępstw. Poza tym antysemityzm i obozy koncentracyjne to nie był nowy wynalazek. I nie powinienem wierzyć we wszystko, co mówią w szkole. Więc czytałem nacjonalistyczne gazety. Szybko zbudowałem sobie światopogląd: za wszystkim, co złe, stoi SYSTEM, który zainstalowali po wojnie alianci. Chcieli wyplenić z mojego narodu tradycyjne cechy - czystość, sumienność i punktualność - by przekształcić go w zgraję bezmyślnych konsumentów. Systemem kierują Żydzi. To oni tworzą media, które notorycznie kłamią. Odetchnąłem z ulgą. Wreszcie poznałem prawdę. Dziadek miał rację, nie szkoła. W szkole rozprowadzałem ulotki z napisami "Breslau, Königsberg, Stettin - niemieckie miasta, tak jak Berlin" i "Polska - precz ze wschodnich Niemiec". Gdy kanclerz Helmut Kohl wyrzekł się terenów wschodnich, uznałem to za zdradę narodową.

Rodziców uważałem za hipokrytów. Z jednej strony mówili, że trzeba znać też inne źródła niż gazety masowe i słuchać opinii niewygodnych dla rządzących. Ale z drugiej strony, broń Boże, nie chcieli mieć łatki nazistów.

Gabriel (32 lata): Wychowywała mnie matka hipiska - ona zbuntowała się przeciwko poglądom rodziców i surowym regułom panującym w domu. Jej ojciec, a mój dziadek do dziś jest nazistą. Ja zaś często gawędziłem z nim o wojnie. W wieku dziesięciu lat znałem najważniejsze przyśpiewki wojenne. Ale najbardziej zapadły mi w pamięć opowieści o Hitlerjugend. To mnie pociągało - przynależeć do kolektywu, na którym można polegać, razem działać. W szkole popadłem w konflikt z nauczycielką od historii. Każdą krytykę nazizmu odbierałem osobiście, jako atak na rodzinę. Pojawiała się wtedy myśl: muszę bronić dziadka. Raz przyszedł na lekcję Żyd, były więzień obozu koncentracyjnego. Prowokowałem go, mówiłem, że to matematycznie niemożliwe, by zagazowano 6 mln osób. Chciał ze mną rozmawiać, ale nauczycielka wyrzuciła mnie z sali. Mama dowiedziała się o tym i zabroniła mi spotkań z dziadkiem. Ale i tak do niego jeździłem.

W wieku 13 lat stawiałem już pierwsze kroki jako kibic chuligan Herthy Berlin. Pragnąłem wyróżniać się i prowokować. Z zachwytem przeżywałem atmosferę na stadionie. Tam zetknąłem się z neonazistami. 300 osób wrzeszczało "Sieg heil!", wznosząc prawą rękę. To robiło wrażenie.

Poznałem trochę ludzi, zacząłem bywać na libacjach, gdzie przy litrach alkoholu rozprawiano o Wehrmachcie i SS. Czułem się bezpiecznie, wreszcie gdzieś przynależałem. Miałem swoją Hitlerjugend.

Z powodu historii wyleciałem ze szkoły i nie podszedłem do matury. Zacząłem pracę jako metalowiec. Słuchałem nazistowskiego rocka, nawiązałem kontakty ze skinheadami. Wierzyłem we wszystkie teorie spiskowe o Żydach. Ciągle prowokowałem. Kupiłem sobie kurtkę z naszywką "Niemcy dla Niemców". Wchodzę do U-Bahnu i widzę te spojrzenia - bojaźliwe, potępiające. One były moim zwycięstwem.

Źródło: Duży Format
  • 58 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    202 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':