http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Syn księgarza z Kabulu

Ludwika Włodek-Biernat
2009-09-20, ostatnia aktualizacja 2009-09-16 17:37

O słynnej książce Eradż nie lubi rozmawiać. - Ja mam w nosie, co ta baba napisała. Ale dla mojej rodziny to była ogromna przykrość

Eradż w słynnej księgarni ojca 
- turystycznej atrakcji Kabulu
Fot. Marzena Hmielewicz
Eradż w słynnej księgarni ojca - turystycznej atrakcji Kabulu
ZOBACZ TAKŻE
"Sułtan Chan był pierwszym człowiekiem, którego spotkałam w Kabulu, kiedy przybyłam tam w listopadzie 2001 roku. ( ) Półki w księgarni Sułtana Chana uginały się pod dziełami w różnych językach - zbiorami poezji i afgańskich legend, rozprawami historycznymi i powieściami. Był utalentowanym kupcem; kiedy wychodziłam ze sklepu po pierwszej wizycie, niosłam siedem tomów".

Tak zaczyna się bestseller Asne Seierstad. Norweska dziennikarka trafiła do Kabulu w dwa miesiące po 11 września 2001. Zamieszkała z rodziną księgarza, a następnie opisała to w książce "Księgarz z Kabulu". Wydała swoją opowieść, gdy Afganistan był na czołówkach gazet, ale pokazała kraj od kuchni. Książkę błyskawicznie przetłumaczono na kilkanaście języków, a opisana w niej rodzina stała się najbardziej znaną afgańską rodziną na świecie. I wcale nie jest z tego zadowolona.

AJ - mistrz szachów

Przed przyjazdem do Afganistanu oczywiście przeczytałam "Księgarza z Kabulu". Do księgarni przy Czarahi Sadarat poszłam już pierwszego dnia. Sklep znajduje się w samym centrum miasta, po drugiej stronie placu, przy którym stoi najpopularniejszy w mieście hotel - Mustafa - i zaledwie dwie minuty od słynnej Chicken Street, takiej kabulskiej Oxford Street (główna handlowa ulica Londynu).

Afgańczycy przychodzą do księgarni głównie po podręczniki. Sklep jest też atrakcją dla cudzoziemców. Większość to pracownicy organizacji pomocowych. Ale zdarzają się też dziennikarze i zwykli turyści.

Na półkach najsłynniejsze książki o Afganistanie, w tym angielska i perska wersja książki "Prochy świętych. Afganistan - czas wojny" autorstwa naszego ministra spraw zagranicznych Radka Sikorskiego. I gigantyczny stojak z pocztówkami - wśród nich zdjęcia słynnego fotografa Steve'a McCurry'ego, tego od zielonookiej afgańskiej dziewczynki, słynnej Szarbat z okładki "National Geographic".

Jednak książki i kartki są tylko pretekstem, by odwiedzić lokalik ozdobiony wielkim szyldem "Shah M. Book CO". Prawdziwy powód to jego właściciel - Szah Muhammad Rais, czyli książkowy Sułtan Chan. Nadany księgarzowi przez Asne Seierstad pseudonim opiera się na łatwym do odczytania kluczu. I sułtan, i chan, i szach, i rais znaczą po persku mniej więcej to samo - przywódca.

- Cześć! - wita mnie z uśmiechem grubawy dwudziestoparolatek w luźnych dżinsach i podkoszulku, gdy tylko przekraczam próg księgarni.

To AJ, czyli Eradż, syn księgarza. W książce ma na imię Mansur.

Natychmiast przypomina mi się fragment "Księgarza z Kabulu":

"- Może mógłbym w czymś pomóc?

Od razu wie, że stoi przed piękną, młodą kobietą. Poznaje to po jej postawie, po stopach, po dłoniach, po tym, jak trzyma torebkę. Ma długie, białe palce.

- Czy macie »Chemię dla zaawansowanych «?

Mansur kieruje na nią swoje najbardziej profesjonalne spojrzenie księgarza".

Po chwili miałam wrażenie, jakbym znała AJ-a od lat. - Czego się napijesz: herbaty, piwa? - pyta mnie znad laptopa. Jego ulubione zajęcie to gra w szachy przez internet. - Trudno jest być mistrzem - ciągnie. - Muszę dla wszystkich być miły, odpisywać na idiotyczne maile w stylu: "Hi, AJ, jak się masz, jakim jeździsz samochodem?".

Każdy, kto był w Kabulu, wie, jak absurdalne to pytanie, 80 proc. tutejszych samochodów to toyoty corolle.

- Dlatego założyłem sobie drugi profil - ciągnie AJ. - Ten drugi też ogrywa wszystkich, ale istnieje krócej, więc nie zdetronizował jeszcze pierwszego. Ponieważ nie jest mistrzem, może pozwolić sobie na arogancję. Jak ktoś pisze do niego: "Cześć, super grasz w szachy, chciałbym cię poznać", odpisuję: "Spadaj". Raz pomogłem pewnemu gościowi z Kanady wygrać trzy partie. Zarobił sobie dużo punktów. Chciał mi się jakoś odwdzięczyć. Gdy dowiedział się, że jestem z Afganistanu, zaoferował, że wyśle mi 50 dolarów. "Stary, na chuj mi twoje 50 dolarów", odpisałem mu - śmieje się Eradż.

Nie lubi, gdy cudzoziemcy mówią do niego Eradż. Na ich użytek wymyślił AJ-a (Ejdżeja).

Nie takie suki

Jest piąta po południu, kilka dni po mojej pierwszej wizycie w księgarni. Powoli wyjeżdżamy z koszmarnie zakorkowanego miasta. - Salom, jak się masz, wszystko OK? - krzyczy AJ do telefonu w dari (odmiana perskiego używana w Afganistanie). - Wpadnę zaraz do was z moimi dwiema przyjaciółkami z Polski Tak, dziennikarki - przechodzi na język paszto, więc przestaję rozumieć, o czym mówi, ale dyskusja ożywia się. Kobieta po drugiej stronie podnosi głos, w końcu zaczyna krzyczeć. - Nie, nie takie suki jak ta z Norwegii, one są w porządku - kończy wreszcie AJ, znów w dari.

Źródło: Duży Format
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    17 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':