Mężczyźni gwałcą kozę, a następnie wyrzucają ją przez okno. Kobiety puszczają się na lewo i prawo. Księdza interesuje tylko taca. Złodziejstwo, bezinteresowna zawiść, porażająca głupota. To twoja książka o Polonii belgijskiej. Po co to pisałeś? - Jak to: po co? Wszystko, co opisałem, to święta prawda. Skoro Polacy tak postępują, to trzeba o tym mówić głośno. Bo ich rodziny w kraju myślą, że oni tam na Zachodzie sumiennie pracują i odkładają grosz. Myślałem, że poprzestanę na jednej książce. Ale gdy się ukazała, zgłosiło się do mnie wielu ludzi. Każdy opowiadał kolejne historie. Co jedna, to okropniejsza. Uznałem, że warto to opisać. Bez nazwisk, ale jak się zna bohaterów, to łatwo się domyślić, o kogo chodzi. Sam te książki wydałem i sprzedawałem - w Belgii, Niemczech, Holandii. I nieźle na nich zarobiłem.
Kiedyś chciałeś, by w Polsce można było głośno mówić o innych rzeczach. Roznosiłeś podziemne pisma, w twoim domu wydrukowano ulotki z żądaniem przywrócenia do pracy Anny Walentynowicz, reprezentowałeś "Solidarność" na zjeździe w Peru. A potem na 28 lat wyjechałeś do Belgii. - Nie zdążyłem wrócić przed stanem wojennym.
A wcześniej? - W 1978 czy w 1979 pojechałem do Bogdana Borusewicza. Wziąłem kilkuletnią córkę. Ubzdurałem sobie, że jak mnie milicja zatrzyma, to powiem, że szukam dla dziecka syropu. Bo skoro tyle się mówi o Borusewiczu, to może on potrafi załatwić?
A naprawdę po co go szukałeś? - Chciałem nawiązać kontakt. Dostawałem czasem "Robotnika". Tam były adresy Gwiazdów, Bogdana. Pracowałem w Budimorze jako ślusarz spawacz. Duża fabryka w Pruszczu Gdańskim, wytwarzaliśmy elementy nabrzeża - hale, zbrojenia. Świetnie się zarabiało. Zrobiłem w zakładzie zrzutkę na Wolne Związki Zawodowe. Uzbierałem 4300 zł.
Koledzy chętnie dawali? - Myśleli, że to na wódkę. Akurat był dzień wypłaty. Do każdego uderzałem z prośbą: tu 50, tam 50 i uzbierało się trochę grosza.
Myślałem, że to starszy facet, a tu niepozorny trzydziestolatek. Zostawiłem kasę, on dał mi ulotki do rozniesienia.
Nie sprawdzał, kim jesteś? - Nie. Zostawiłem swój adres, on powiedział, że do mnie wpadnie. Czekałem od frontu, a wszedł od podwórka. Borsuk zawsze był ostrożny. Była wtedy tradycja, że Wolne Związki Zawodowe grały w piłkę z Ruchem Młodej Polski. Byłem niezły i chciałem zagrać. A Bogdan się wnerwił: "Co ty, zgłupiałeś? Ten mecz będzie obstawiony przez bezpiekę. U ciebie jest drukarnia, nie możesz ryzykować".
Miałem dwa pokoje w Nowym Porcie. Jeden poszedł na tę drukarnię. Miało być na miesiąc-dwa, a zostało na długo. Drukował Piotrek Kapczyński, późniejszy szef
UOP Zbyszek Nowek, Krzysio Wyszkowski, Anna Młynnik. Ja tam tylko wpadałem. Dałem im klucze i sami się rządzili. Czasem przynosiłem kurczaka z rożna. Ale na ogół drukarze byli żywieni przez Puszów. Zdzichu, czyli ojciec Krzyśka, Ryśka i Darka, pracował w zakładach wędliniarskich. Puszowie mieszkali na pierwszym piętrze w tym samym domu.
Raz na 1 maja Borsuk przywiózł mi tysiąc ulotek. Miałem pojechać do Sopotu, wsiąść w kolejkę podmiejską i na stacji Wyścigi, jak pociąg wjedzie na wiadukt, rozrzucić te ulotki. W dole miał akurat maszerować pochód. Bogdan dokładnie to wyliczył. Boże, jaki ja byłem przejęty! Ubrałem się w garnitur, krawat, elegancki płaszcz. Pociąg w biegu, ja rzucam ulotki. Ładnie się rozsypały. Wróciłem do domu, zaszedłem do Puszów. Nalali mi setkę i chlapnąłem wszystko na raz. Ja nie piję wódki, ale wtedy musiałem. Bałem się, jak wszyscy.
Czemu właściwie się zaangażowałeś w opozycję? - Wychowany byłem na Wolnej Europie. Rodzice słuchali jej, od kiedy zaczęła nadawać, od 1952 roku. Byłem chłopcem i też namiętnie słuchałem. Później też, jak w wojsku byłem radiotelegrafistą. Jak ja chciałem poznać ludzi, którzy robili to radio!
W 1983 wygrałem konkurs RWE i paryskiej "Kultury" na wspomnienia o Polsce po 1976 roku. Pojechałem do Monachium odebrać 10 tysięcy franków nagrody. I wtedy ich wreszcie poznałem. Jacy niesamowici ludzie! Do tańca i do różańca. Mam w domu kasetę z nagraniem jury. Herling-Grudziński mówi tym swoim charakterystycznym głosem, że od razu widać, że ukształtowała mnie Wolna Europa. I tak właśnie było!
Przeżyłeś w Gdańsku Grudzień '70? - Jak wojnę. Cały Gdańsk obstawiony, tramwaje nie jeżdżą. Przy dworcu głównym stał wojskowy skot. ZOMO i milicja gonią z pałami ludzi. A już za chwilę to ludzie napierają na ZOMO. Poszedłem na Rajską - a tam rozbebeszone sklepy, każdy coś wynosi. Szedłem podwórkami na Ogarną, gdzie mieszkałem. Komitet Wojewódzki PZPR stanął w płomieniach. Nic nie robiłem, tylko oglądałem.