Barroso uzyskał 382 głosy poparcia, przy 219 sprzeciwu i 117 wstrzymujących się. To wystarczająca większość także w świetle traktatu lizbońskiego (surowszego niż obecny nicejski), który powinien wejść w życie w styczniu tego roku, jeśli Irlandczycy przyjmą go w referendum. Barroso nie musi się wiec obawiać, że jego przeciwnicy już za kilka miesięcy - po przyjęciu Lizbony - zaczną mu wypominać, że nie ma podstaw do rządzenia.
Barroso już od dawna namaszczony przez rządy krajów członkowskich musiał - jako pierwszy szef Komisji Europejskiej - prowadzić w parlamencie coś w rodzaju kampanii wyborczej. Parlamentarzyści domagali się bowiem od niego jasnego programu, a potem podczas spotkań klubowych próbowali wytargować ustępstwa programowe i stanowiska.
Barroso był od początku popierany przez chadeków (m.in. PO i
PSL). Nie zdołał jednak przekonać do siebie drugiej pod względem wielkości frakcji socjalistów, która przygotowuje się do roli uciążliwej opozycji w Parlamencie Europejskim. Jej krytykę Barroso może jednak wkrótce złagodzić, przyznając lewicowym politykom - za zgodą rządów krajów UE - kilka tek komisarzy UE.