Gdyby nie zainteresowanie mediów, rzecznika praw dziecka, rzecznika praw obywatelskich, prawdopodobnie z Różą byłoby tak samo jak z czworgiem dzieci jej mamy z poprzedniego związku. I z mnóstwem innych dzieci odbieranych bezrefleksyjnie rodzinom z powodu biedy czy "niewydolności wychowawczej". Odbieranych, mimo że rodzinę chroni polska konstytucja.
Teoretycznie mamy wszystko, co trzeba. Przepisy, które na pierwszym miejscu stawiają prawo do wychowania w rodzinie; powiatowe i gminne ośrodki pomocy rodzinie, których zadaniem jest pomagać materialnie, wychowawczo i psychologicznie, aby rodziny "dysfunkcyjne" mogły jednak być razem i radziły sobie z kłopotami. Ale praktyka jest taka, że ośrodki zajmują się głównie wypłacaniem zasiłków i szkoleniem rodzin zastępczych. A sądy odbierają dzieci za biedę, brud i nieporządek, za chorobę rodziców, a nawet za wegetariańską dietę. Bo tak łatwiej.
W sprawie Róży dwie rzeczy są pocieszające. To, że w Błotach Wielkich ludzie okazali się mądrzejsi i wrażliwsi od sądów i urzędów. Stanęli po stronie rodziny, przyszli z pomocą i pocieszeniem, budując autentyczną sąsiedzką wspólnotę. I nadzieja, że sprawa zmieni bezduszną, sprzeczną z konstytucją i "Konwencją o prawach dziecka" praktykę sądów rodzinnych.
Źródło: Gazeta Wyborcza