26 lutego 2008 r., południowo-wschodni Afganistan, prowincja Paktika Polski konwój złożony z pięciu hummerów wraca do położonej na płaskowyżu bazy Szarana. Od rana rozwozili po wioskach leki, zimową odzież i żywność. To fragment operacji humanitarnej "Zimowy wiatr". Hummery powoli mijają pierwsze polskie i amerykańskie posterunki. Są już blisko bezpiecznego zjazdu do bazy.
Nagle huk, ogień, tumany kurzu! Przedostatni hummer w kolumnie wylatuje w powietrze jak dziecinna zabawka. Leci kołami do góry i uderza dachem w ziemię. Siła wybuchu obraca go kilka razy. Starszy kapral Szymon Słowik, strzelec z Krakowa, który w chwili eksplozji był na stanowisku na dachu, nie ma szans na przeżycie swej pierwszej misji. Na miejscu ginie też starszy szeregowy Hubert Kowalewski z 10. Brygady Kawalerii Pancernej w Świętoszowie, weteran z Iraku. Inni są ranni.
To była właśnie mina-pułapka. IED (Improvized Explosive Device - improwizowany ładunek wybuchowy), czyli ajdik.
Największy wróg polskich żołnierzy w Afganistanie.
IED - surowiec jest wszędzie Oglądamy ten film kilka razy. Klatka po klatce. Ściągnęliśmy go ze strony internetowej talibów. Oni wiedzą, że polscy żołnierze oglądają te propagandowe klipy. I o to im chodzi. Chcą zasiać strach. Tak, aby nasi bali się wychylić nosa poza swoje bazy.
Na filmie w zbudowanej z gliny chałupie, na klepisku siedzi dwóch mężczyzn. Jeden z nich ma głowę owiniętą arafatką. Drugi założył kominiarkę. Błyszczą czarne oczy. W tle słyszymy muzułmańską pieśń. Bojownicy wypełniają jasnym proszkiem dwa na oko dziesięciolitrowe garnki.
- Najczęściej stosują trotyl. Wytapiają go z radzieckich min albo pocisków z lat 80., które w Afganistanie można znaleźć wszędzie. Czasami to także chemikalia, z których według przepisu znalezionego w internecie można zrobić bombę. Albo po prostu saletra wymieszana z cukrem - opowiada chor. Wiktor Irzemski, saper z 5. Pułku Inżynieryjnego w Szczecinie, który w Afganistanie przeżył wybuch ajdika pod swoim hummerem.
Irzemski wcześniej był w Iraku. Gdy zdarzyła się okazja na misję w Afganistanie, długo się nie zastanawiał. Przed wyjazdem skierowali go do Wrocławia na dziesięciodniowy kurs o IED. Miał w Afganistanie zbierać niewybuchy, tak jak w Iraku. Ale na miejscu, gdy trafił do bazy w Ghazni (położonej kilka kilometrów od stolicy prowincji Ghazni i przy strategicznej dla Afganistanu szosie Kandahar - Kabul), okazało się, że będzie jeździł ze szturmanami na patrole. W Iraku są asfaltowe autostrady, a w Afganistanie nieutwardzone drogi wertepy - wszędzie można zakopać minę. Pułapek jest tyle, że nikt nie rusza się z bazy bez saperów.
7 kwietnia 2008 r. - ten dzień zapamięta do końca życia. Lody już stopniały i talibowie budzili się w górach z zimowego snu. Polacy z zespołu bojowego Alfa na polecenie Amerykanów mieli sprawdzić, jak mieszkańcy dystryktu Waghez wydają pieniądze, które dostali od US Army na budowę studni i remonty budynków. Czekało ich spotkanie ze starszyzną plemienną. Oczywiście zabrali ze sobą saperów.
Pierwszy w kolumnie jechał opancerzony rosomak. Najbezpieczniej byłoby jechać po jego śladach. Ale rosomak ma większy rozstaw kół, więc hummer może jechać najwyżej jednym śladem. Tego dnia hummer Irzemskiego jechał jako drugi pojazd w kolumnie. Najpierw asfaltową szosą Kandahar - Kabul. Później boczną, piaszczystą drogą. Irzemski jako dowódca siedział z przodu po prawej. Dobre miejsce, bo przy wybuchu z przodu uderzenie idzie w silnik. Sebastian kierował wozem, a Piotrek siedział na gunnerce - stanowisku strzelca pokładowego. To kiepskie miejsce, przy koziołkowaniu miażdży pół ciała, czasami urywa głowę.
Łup! Coś wybucha pod kołami. Hummer leci w powietrze, ale na szczęście spada na koła. Piotrek, przypięty szelkami, nie wypadł. Ranny Sebastian krzyczy.
- A mnie tylko lekko zamroczyło - wspomina Irzemski. - Ładunek nie był mocny, pomogło nam też miękkie podłoże i silnik, który się po prostu rozleciał. Dostałem drugie życie.
Zamiast do Waghezu trafili do amerykańskiego szpitala w Salerno.
Dowódca w Ghazni oddał ich zadanie innym.
8 kwietnia 2008 r., 14 kilometrów od polskiej bazy Ghazni Grzegorz Politowski z 5. Pułku Inżynieryjnego w Szczecinie, podwładny i kolega Irzemskiego, odlicza już dni dzielące go od wylotu do Polski. Dzień po wjechaniu na ajdika przez kolegów tą samą trasą jedzie na spotkanie ze starszyzną plemienną w Waghezie.
- Miałem złe przeczucia, nie znałem drogi - wspomina starszy szeregowy Przemysław Cisłowski. - Już w trasie ktoś żartował, by zapiąć pasy, bo droga nierówna. Pamiętam też słowa Grześka: "Co ma się stać, to i tak się stanie".
Wtedy właśnie, dokładnie o 10.45, wybucha mina, która zabija Grześka.