Rozmowa z Mikołajem Dowgielewiczem, szefem UKIE i ministrem ds. europejskich Jacek Pawlicki: Jutro Parlament Europejski zatwierdzi zapewne kandydaturę José Manuela Barrosa na szefa Komisji Europejskiej. Czy na czwartkowym szczycie UE premier Tusk zamierza z nim rozmawiać o tece dla polskiego komisarza? Mikołaj Dowgielewicz: Szczyt w Brukseli będzie kolacją szefów rządów na temat spotkania G20. Nie będzie tam czasu na taką rozmowę. Oczywiście po potwierdzeniu wyboru przewodniczącego przez Parlament do takiego spotkania szybko dojdzie.
Staramy się o dobrą tekę gospodarczą, np. rynku wewnętrznego dla Janusza Lewandowskiego? - Polska liczy na ważną tekę gospodarczą. Jeśli chodzi o rynek wewnętrzny, to jest o to duża konkurencja. Gdyby szef Komisji zdecydował połączyć teki rynku wewnętrznego z polityką przemysłową, moglibyśmy się o nią postarać.
Czy Polskę nie martwi nagonka na Barrosa w Parlamencie? - Każdy tydzień kryzysu wokół przewodniczącego osłabiał Komisję. A to nie jest w polskim interesie.
To gorzki paradoks, że proeuropejscy politycy - socjalista Martin Schultz czy liberał Guy Verhofstadt - kwestionowali prawo Barrosa do objęcia funkcji szefa Komisji. W traktacie z Lizbony jest zapisane, że największa partia, która wygrała wybory, nominuje przewodniczącego. Tak było w przypadku Barrosa. Mam nadzieję, że wszystko się dobrze zakończy.
Czyli jesteśmy zadowoleni ze starego nowego przewodniczącego? - W programie działania na następne pięć lat, który Barroso przedstawił w Parlamencie Europejskim, są rzeczy dobre z naszej perspektywy, np. zobowiązanie do walki o większy
budżet i zmianę systemu jego zasilania, a także zapowiedź rozbudowania infrastruktury energetycznej. Są też rzeczy niepokojące, np. niedocenienie wagi polityki spójności, brak odniesienia do kwestii rozszerzenia strefy euro czy choćby brak sprzeciwu przeciwko renacjonalizacji polityki rolnej.
Niepokoi nas zapowiedź odejścia od liberalnej linii? - Nie chcę używać przymiotników "liberalna" czy "socjalna", bo to mylące. Od Komisji i jej szefa oczekujemy egzekwowania zasad wspólnego rynku, wspierania stanowczej polityki konkurencji i wsparcia dla nadrabiania zaległości gospodarczych. Byłem rozczarowany, że Barroso o tym nie wspomniał, bo to powinien być jeden z jego priorytetów.
Czy Polska włączy się do dyskusji o tym, jak powinny wyglądać unijne instytucje po wejściu w życie traktatu z Lizbony? - Po referendum irlandzkim w październiku przedstawimy propozycje dotyczące wdrożenia traktatu, w tym jak ma wyglądać rola rotacyjnej prezydencji UE, a także szczegóły dotyczące roli wysokiego przedstawiciela ds. polityki zagranicznej. W tej sprawie spotkają się 8 października w Budapeszcie ministrowie spraw europejskich Grupy Wyszehradzkiej.
Polsce zależy, by w nowym rozdaniu instytucjonalnym znaleźć odpowiednią rolę dla prezydencji. I to nie tylko dlatego, że będziemy sprawowali przewodnictwo w 2011 r. Jeśli widać, że władze danego kraju przez pół roku przewodniczą UE, to legitymizuje bardziej Unię w oczach obywateli.
Warto pamiętać o tym, że niezależnie od tego, czy i kto będzie przewodniczącym Rady Europejskiej, polecenia polskim ministrom będzie wydawał premier. Trzeba wypracować mechanizm koordynacji pracy między przewodniczącym Rady a premierem kraju, który akurat będzie stał na czele Unii.
Chcemy też, żeby rozszerzenie było traktowane jako wewnętrzna polityka UE, a nie polityka zagraniczna, gdyż to byłby zły sygnał dla kandydatów takich jak
Turcja i kraje bałkańskie.