"Change? I'd like mine back" (Czas na zmiany - chcę odzyskać moje pieniądze) - plakietka z takim napisem rozdawana przez republikanów odzwierciedla radykalną zmianę nastrojów w społeczeństwie. W ubiegłym roku Amerykanie zagłosowali na zmiany; w tym roku martwią się o swoje oszczędności. Wstrząśnięci skalą, na jaką rząd
USA wydaje pieniądze, aby powstrzymać recesję, zanim zamieni się ona w prawdziwy kryzys, przerażeni perspektywą powiększenia deficytu budżetowego i długu narodowego o kolejne miliardy dolarów, teraz dowiadują się jeszcze, że planowana przez Obamę reforma systemu opieki zdrowotnej będzie kosztowała prawie bilion dolarów w ciągu najbliższych dziesięciu lat.
Jak wskazują sondaże, większość z tej ogromnej grupy Amerykanów, którzy korzystają z ubezpieczeń zdrowotnych, jest dość zadowolona z tego, co ma do dyspozycji. Obawiają się, że proponowana reforma spowoduje pogorszenie ich sytuacji, a przy tym państwo poniesie znacznie większe koszty. (O ile pierwsza z tych obaw jest w dużej mierze nieuzasadniona, o tyle druga już nie). Ponad połowie wyborców ten program się nie podoba. Wskaźniki poparcia dla Obamy spadły ostatnio do niemal 50 proc. - to wynik gorszy niż na analogicznym etapie swojej prezydentury uzyskała większość jego poprzedników.
Obama sięgnął po coś, co w amerykańskim systemie parlamentarnym można uznać za odpowiednik broni jądrowej. Nadzwyczajne przemówienie do obydwu izb Kongresu to wyjątkowy krok. Ostatnio z takiej możliwości skorzystał prezydent George W. Bush po atakach terrorystycznych z 11 września 2001 roku. A do czego używa go Obama? W środę wieczorem wygłosił błyskotliwe przemówienie. Bardzo przekonująco namawiał do reformy, dowodząc, że podstawowy problem polega na tym, iż
Stany Zjednoczone "wydają na opiekę zdrowotną o połowę więcej na osobę niż inne kraje, ale my wcale nie jesteśmy przez to zdrowsi".
Mimo różnych gestów mających świadczyć o jego obiektywizmie w swoim przemówieniu Obama był wyraźnie zaangażowany po jednej ze stron. Niektórzy republikanie przyjęli je syczeniem i buczeniem, jeden z kongresmanów krzyknął nawet: "Kłamiesz!" (za co później przeprosił); takie przejawy braku szacunku nie zdarzały się nigdy wcześniej przy takich okazjach. Republikanom niewiele to dało, ale też nie wzmocniło autorytetu Obamy ani nie zwiększyło sympatii dla niego. A kiedy powiedział: "Pozostaje jeszcze kilka znaczących szczegółów do dopracowania", w odpowiedzi usłyszał ryk śmiechu, i to zarówno ze strony demokratów, jak i republikanów, choć to wcale nie miało być śmieszne. Wygląda na to, że metoda, jaką wybrał Obama, okazała się niefortunna.
Nawet jeśli to przemówienie zapewni mu konieczne poparcie społeczeństwa i głosy kongresmanów, to i tak będzie mógł przeforsować w Kongresie jedynie skromniejszą, okrojoną wersję reformy służby zdrowia. Ustawa, którą prawdopodobnie wysmaży Kongres, będzie dotyczyła najbardziej palącego problemu społecznego, mianowicie faktu, że jeden na sześciu Amerykanów nie ma żadnego ubezpieczenia zdrowotnego. Nie będzie się natomiast zajmować podstawowym problemem ekonomicznym, jakim są groteskowo rosnące koszty ubezpieczeń. Są one nieproporcjonalne do świadczeń otrzymywanych przez pacjentów, ale za to przynoszą ogromne profity ubezpieczycielom. Jak podaje "Harper's Magazine", od 2002 roku zyski dziesięciu największych towarzystw ubezpieczeniowych wzrosły aż o 428 proc.
Trudno wyobrazić sobie gorszą sytuacje gospodarczą niż ta, którą odziedziczył Obama. Chociaż niektóre sygnały świadczą o tym, że wskaźniki idą w górę, a przynajmniej przestają spadać, to jednak bezrobocie w USA waha się w granicach 10 proc. Amerykańscy podatnicy jeszcze przez kilkadziesiąt najbliższych lat będą spłacać koszty zapomóg i pakietów stymulacyjnych. Reforma systemu opieki zdrowotnej to jeden z najpoważniejszych i najtrudniejszych problemów w polityce wewnętrznej, a każda kolejna ekipa rządząca, która się nim nie zajmowała, przyczyniała się do tego, że stawał się on jeszcze trudniejszy.
Co więcej, ustrój amerykański ewoluował w taki sposób, że dziś nawet prezydentowi o bardzo jasno sprecyzowanych poglądach byłoby niezmiernie trudno zrealizować swoje zamierzenia. Chodzi tu zwłaszcza o udział Kongresu, mediów i pieniędzy. CNN szacuje, że wydano już 375 mln dol. na kampanie zarówno za, jak i przeciw reformie opieki zdrowotnej. I to nie kto inny jak pokonany konkurent Obamy do fotela prezydenckiego
John McCain mówił tego lata, nawiązując do zmasowanej walki Kongresu o likwidację niepotrzebnych wydatków na obronę, o "kompleksie militarno-przemysłowo-kongresowym". Czy też, jak można powiedzieć dzisiaj, o "kompleksie zdrowotno-przemysłowo-kongresowym". Obciążenia, jakie nakłada ustrój, a z jakimi Stany Zjednoczone radziły sobie wcześniej, w czasach potęgi i dobrobytu, urosły znacznie właśnie teraz, gdy kraj jest zbyt słaby, by je udźwignąć.
Jeśli chodzi o politykę zagraniczną, Obama odziedziczył wojny w Iraku i w Afganistanie, wylęgarnię islamistów w Pakistanie, zlekceważone wyzwania, jakie niosą ze sobą globalne ocieplenie oraz wzrost znaczenia Chin, żeby wymienić tylko niektóre z jego kłopotów. W takiej sytuacji nawet sam Abraham Lincoln zląkłby się perspektywy tego, co czekałoby go w polityce krajowej i zagranicznej.
Prawdą jest również, że Obama nie wykazał się jak dotąd umiejętnością posługiwania się narzędziami, które ma do dyspozycji, aby "to załatwić", jak brzmi jedno z jego ulubionych powiedzeń. Cały czas prezentuje swój nienaganny styl: jest opanowany, uprzejmy, elokwentny, dowcipny i współczujący. Jednak musi jeszcze udowodnić, że równie dobrze sprawdza się w prozie rządzenia jak w poezji kampanii wyborczej.
Wygląda na to, że zwłaszcza w kwestii opieki zdrowotnej jego administracja nie doceniła, jak trudne ma przed sobą zadanie. Urok osobisty, elokwencja oraz ostentacyjna uczciwość, jakie prezentował Obama podczas wieców tego lata, nie są w stanie ukryć faktu, że - chcąc uniknąć tego, co uważa się za jeden z największych błędów Billa i Hillary Clintonów, czyli forsowania własnych propozycji reformy opieki zdrowotnej zamiast pozostawienia przygotowania ustawy Kongresowi - nie przygotował własnego, konkretnego planu, który mógłby zaprezentować i którego mógłby bronić. W środę wieczorem próbował do pewnego stopnia to naprawić, chociaż nadal nie wyjaśnił, w jaki sposób ma zamiar sfinansować reformę, nie powiększając "ani o "cent" deficytu budżetowego, jak to obiecał. Najlepiej by zrobił, gdyby zamiast wygłaszać kolejne błyskotliwe przemówienie, wykorzystał te decydujące dni, aby przeciągnąć na swoją stronę umiarkowanych republikanów i przekonać do swoich racji konserwatywnych demokratów, wykorzystując do tego cały swój spryt polityka formatu Franklina Delano Roosevelta.
"Jego woskowe skrzydła się stopiły i teraz spada bezwładnie na ziemię" - mówi z satysfakcją neokonserwatywny komentator Charles Krauthammer. Ale Obama jeszcze nie okazał się Ikarem. Wielu prezydentów wybrnęło ze znacznie gorszych opresji, a potem zostało wybranych na drugą kadencję. A Charles Krauthammer wydaje się zapominać, że drugi z bohaterów tej opowieści, który przypiął sobie woskowe skrzydła, leciał na tyle nisko, że dotarł na przeciwległy brzeg morza. Na imię miał Dedal i był doskonałym rzemieślnikiem. Tego właśnie najbardziej potrzebuje teraz Ameryka: nie elokwentnego mówcy, ale sprawnego polityka, który wszystko załatwi. Baracku Dedalu, wystąp. Twój czas właśnie nadchodzi.
tłum. Katarzyna Witakowska
*Timothy Garton Ash - jest profesorem europeistyki na Uniwersytecie Oksfordzkim, eseistą i autorem książek o Europie Środkowej, m.in.: "Polska rewolucja. Solidarność 1980-82", "Teczka", "Historia na gorąco" i ostatnio "Wolny świat"