Mam 17-letniego syna i 28-letnią córkę. Na 360 ha uprawiam zboże, rzepak i kukurydzę. Jako pierwszy uderzył w nas kurs złotego. Dostaliśmy dopłaty liczone po 3,39 zł za euro, mimo że było co najmniej o złotówkę droższe. Okazało się, że za dopłaty możemy kupić dużo mniej nawozów czy oprysków.
Potem ceny naszych produktów poszły w dół. Dwa lata temu za tonę pszenicy dostawałem 840 zł, teraz połowę. I nikt mi nie wmówi, że to nie przez kryzys. Ludzie oszczędzają i mniej kupują. Moje dochody spadły i to znacznie. Nie chcę ryzykować, nie biorę kredytów. Dlatego zrezygnowałem z dwóch największych inwestycji. Miałem budować wielkie magazyny na 4 tys. ton zboża. Stanęło o połowę mniej silosów. Kupiłem też o połowę mniej nawozów.
Nie wymieniłem samochodu, jeżdżę 10-letnim. Poza tym specjalnie nie oszczędzam. Od lat inwestuję w gospodarstwo, nie żyję rozrzutnie. Co mi z tego, że kupię jednego pączka mniej i oszczędzę złotówkę, skoro do kombajnu muszę wlewać naraz olej napędowy za 3,4 tys. zł?
Ale mimo to jestem optymistą. Teraz prędzej ktoś nie kupi nowej plazmy niż mocno ograniczy zakupy jedzenia.
Źródło: Gazeta Wyborcza