Jacek Pawlicki: Wydaje mi się, że Polska ostatnio zniknęła z radarów brytyjskich polityków...
David Miliband: Dlaczego?
Tyle nas łączy - proamerykańskość, przychylność dla rozszerzenia Unii czy dla liberalnej gospodarki. Powinniśmy ściśle współpracować, być sojusznikami w UE...
- Polska nie zniknęła z naszych radarów, to przecież moja trzecia wizyta w Polsce w ciągu trzech miesięcy... Myślę, że bardziej zrównoważona stała się debata między nami. Trzy czy cztery lata temu rozmawialiśmy wyłącznie o migracji, teraz Polska jest ważnym uczestnikiem operacji w Afganistanie, wasza gospodarka wykazała się elastycznością w kryzysie, Polska bierze też udział w wielu ważnych debatach dotyczących polityki zagranicznej UE. Ostatnio mieliśmy okazję do przypomnienia historycznych związków między naszymi krajami na uroczystości 70. rocznicy wybuchu wojny.
Kto pana zdaniem byłby najlepszym ministrem spraw zagranicznych UE i jej prezydentem? Pojawia się wiele nazwisk.
- (Śmiech) To kwestia osobowości, nie instytucji. Media spekulują, ale to politycy o tym rozmawiają i decydują. Potrzebujemy dobrego i mocnego kandydata, który poprowadzi silne instytucje. Nie znamy jeszcze wyniku głosowania w irlandzkim referendum w sprawie traktatu lizbońskiego, więc nie wiemy, jaki ostatecznie będzie kształt instytucji.
Potrzebujemy dobrych i silnych ludzi, silnej drużyny, bo to bardzo ważne pięć lat dla Europy.
A Tony Blair? Byłby dobry?
- Byłby doskonały, ale nie wiemy, jakie będziemy mieli instytucje, bo wciąż nie mamy traktatu. Poczekamy, zobaczymy.
Co się dzieje z brytyjskimi konserwatystami w Parlamencie Europejskim?
- Och, szalone rzeczy, mówię panu, dzieją się szalone rzeczy! Rozwiedli się z głównym nurtem konserwatyzmu, rozwiedli się z panią Merkel, z panami Reinfeldtem, Sarkozym, Tuskiem i Sikorskim. Wskoczyli do łóżka z dziwnym zestawem polityków...
Np. z Michałem Kamińskim z PiS...
- Między innymi. To wszystko pokazuje, że konserwatyści przesuwają się do skrajnego bieguna w polityce europejskiej. To źle dla nich i jeśli będą rządzić, to źle dla Wielkiej Brytanii. Ich eurofobia stoi w sprzeczności z trendami nowoczesnego świata.
Co będzie w Afganistanie? Okopać się na amen czy wyjść z zasłoniętą przyłbicą?
- Biorąc pod uwagę wielkie koszty, które poniósł tam świetny personel wojskowy, trudno podjąć decyzję. Myślę jednak, że kluczowa jest strategia zakładająca budowanie zdolności samych Afgańczyków i porozumienia w Afganistanie. Afganistan jest wylęgarnią Al-Kaidy. Wiemy, że stabilność Afganistanu jest ważna dla stabilności Pakistanu, kraju bardzo ważnego np. dla Wielkiej Brytanii.
Ale to nie jest europejska wojna.
- Przecież to w Europejczyków uderzono w zamachach w Madrycie i Londynie. Przecież to Europejczycy zginęli w zamachach z 11 września, bo byli akurat w Nowym Jorku. Współczesne zagrożenia dla Europy są inne od tych w XX wieku, kiedy toczono wojny terytorialne. Teraz zagrożeniem jest terroryzm. Musimy wyjaśniać, dlaczego jesteśmy w Afganistanie i trzymać się dobrej strategii.
Czy Zachód ma strategię wyjścia z Afganistanu albo nad nią pracuje?
- Nie chcemy tam zostać na zawsze. Chcemy doprowadzić do tego, by Afgańczycy mogli zadbać sami o siebie.
Ciężko idzie...
Źródło: Gazeta Wyborcza