- Nie będziemy niczego wygładzać, ale też nie zaakceptujemy żadnych przedwczesnych wyroków ferowanych w kraju czy za granicą. Wypraszam to sobie -mówiła wczoraj z mównicy
w Bundestagu pani kanclerz, nie kryjąc irytacji.
Jej wystąpienie to efekt krytyki, która spadła na
Niemcy po piątkowym nalocie w prowincji Kunduz. Niemiecki dowódca płk Georg Klein rozkazał zrzucić bomby na talibów, którzy skradli dwie natowskie cysterny i - jak się potem okazało - rozdawali paliwo wieśniakom. Zginęło przeszło 130 osób.
Amerykanie jako pierwsi wytknęli niemieckim oficerom niekompetencję - wbrew zasadom NATO nie upewnili się wystarczająco, czy wokół ciężarówek nie ma cywili. Zarzucili im też tchórzostwo, bo zamiast wysłać w pościg własnych żołnierzy, wezwali na odsiecz amerykańskie lotnictwo.
Wczoraj, broniąc żołnierzy, Merkel dawała tym zarzutom odpór. Wypominała, że mimo wydanych przez kraje NATO miliardów dolarów i setek poległych żołnierzy Afgańczycy nie są w stanie sami zapewnić w kraju spokoju. Wyliczała, że wielokrotnie kpiono z Bundeswehry, że zamiast walczyć z talibami, zajmuje się odbudową kraju, m.in. kopie w wioskach studnie. Jednak dziś kraje NATO jednogłośnie wspierają taką strategię zjednywania sobie mieszkańców.
Kanclerz zapewniała, że Niemcy dochowają sojuszniczych zobowiązań. Przypomniała też o okolicznościach, które skłoniły Niemców do wysłania wojska: -To była reakcja na terror, który stamtąd wyszedł. Od tej misji Bundeswehry zależy bezpieczeństwo naszego kraju.
To przytyk wobec sporej grupy niemieckich polityków, którzy domagają się wycofania wojska z Afganistanu. Do postkomunistycznej Lewicy po piątkowej tragedii dołączyła nie tylko SPD, ale i CSU, bawarska siostra CDU. Merkel dała wczoraj jasno do zrozumienia, że o wycofaniu nie chce na razie słyszeć. Problem w tym, że większość Niemców ma coraz bardziej krytyczne podejście do misji Bundeswehry. Nie chcą, by ich armia brała udział w wojnie, w której giną też cywile. Mimo sporego zaangażowania - niemiecki kontyngent liczy 3,7 tys. osób - nie widać też wielu efektów.
W odbudowywanej prowincji Kunduz talibowie coraz śmielej podnoszą głowy, a bazy Bundeswehry są w ostatnich miesiącach coraz ostrzej atakowane. Co gorsza, prasa regularnie pisze, że niemieckie wojsko jest fatalnie wyposażone - dochodziło do tego, że żołnierze musieli np. kupować lornetki w sklepach wysyłkowych. Dlatego po wyborach 27 września Merkel najprawdopodobniej przedstawi strategię wyjścia. W Berlinie spekuluje się, że Bundeswehra wycofa się w 2015 r.