http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Trzy dekady metalu

Robert Sankowski
2009-09-13, ostatnia aktualizacja 2009-09-14 17:01

TSA
TSA
Fot. Rafał Mielnik / AG

Behemoth i Vader. Dwa polskie zespoły metalowe. I dwie najbardziej rozpoznawalne na?świecie gwiazdy rodzimej muzyki. Oba promują teraz nowe płyty. Jedna z nich, "Evangelion" Behemotha, przebojem wdarła się na prestiżową listę magazynu "Billboard"

Vader
Fot. Rafal Nowakowski
Vader
Acid Drinkers
Acid Drinkers, fot.mat.prasowe
Acid Drinkers
Behemoth
Fot. Maciej Boryna
Behemoth
ZOBACZ TAKŻE
Olsztyński Vader, którego liderem jest Peter, i trójmiejski Behemoth kierowany przez Nergala stały się symbolem sukcesu polskiej muzyki na światowych scenach. Nie Edyta Górniak ze swoim drugim miejscem na konkursie Eurowizji w 1994 i przebojami na rynku portugalskim czy skandynawskim. Nie Kayah, która po powodzeniu nagrań z Goranem Bregoviciem płytę "JakaJaKayah" wydała w kilku krajach europejskich i Kanadzie. I nie Myslovitz z anglojęzyczną wersją albumu "Korova Milky Bar", która w 2003 roku ukazała się w 27 krajach. To właśnie Vader i Behemoth powracają nieustannie w dyskusjach internautów jako dowód na to, że polski wykonawca może zaistnieć poza granicami naszego kraju. A potem konsekwentnie potwierdzać kolejnymi albumami i trasami koncertowymi swoją pozycję prawdziwej gwiazdy.



Powracają zasłużenie. O najnowszych sukcesach Behemotha informowały wszystkie media - grupa jest pierwszym polskim wykonawcą, któremu z nagraną i wydaną nad Wisłą płytą udało się wejść na listę "Billboardu": "Evangelion" dotarł aż na 55. miejsce (poprzednia płyta Behemotha "The Apostasy" dwa lata temu mignęła w tym samym zestawieniu na pozycji 149.). Nergal - choć nie tylko za sprawą samej muzyki, ale i plotek o związku z Dodą - nagle awansował na naczelnego polskiego celebrytę. Vaderowi nie dane było doświadczyć aż takich atrakcji. W zamian grupa może się szczycić statusem światowego klasyka death metalu: wydany kilka dni temu najnowszy album formacji - "Necropolis" - ukazał się na całym świecie nakładem legendarnej, niezwykle zasłużonej dla promocji ciężkiego rocka wytwórni Nuclear Blast.

Rewolucja TSA

Vader i Behemoth nie wzięły się znikąd. Heavy metal jest w Polsce już od 30 lat. Kiedy dokładnie się pojawił? Anglosasi mieliby z tak postawionym pytaniem spory problem. Wskazaliby kilku dziennikarzy muzycznych, którzy po raz pierwszy użyli tego określenia, i kilkanaście zespołów, których muzykę na przełomie lat 60. i 70. zaczęto opisywać tym terminem. My takich wątpliwości nie mamy. Może i ktoś wcześniej próbował grać ostro i głośno, ale prawdziwie metal zabrzmiał w Polsce za sprawą założonego w 1979 roku w Opolu zespołu TSA.



TSA wyrósł z grania bluesowego, a już jako grupa stricte rockowa bywał często porównywany do australijskiego AC/DC - zespołu, który balansował na pograniczu metalu, hard ro-cka i rock'n'rolla. No ale gdy jedną z ważniejszych płyt w swojej dyskografii tytułuje się "Heavy Metal World", trudno chyba o jakiekolwiek niedomówienia. - W tym czasie brakowało na naszej scenie prawdziwego rockowego zespołu - tłumaczył parę lat temu na łamach pisma "Metal Hammer" gitarzysta TSA Andrzej Nowak. - Polscy fani mogli posłuchać w tym czasie zespołów węgierskich takich jak Omega, Scorpio czy Locomotiv GT, ale o polskiej kapeli grającej taką muzykę nie było mowy. I dlatego postanowiłem powołać do życia zespół, który dokona rewolucji na naszym rynku.

Rewolucja stała się faktem. TSA wygrał festiwal w Jarocinie i stał się gwiazdą polskiego boomu rockowego lat 80. - Zdarzały się miesiące, w których dawaliśmy od 40 do 60 koncertów. Wyobrażasz sobie granie dwa razy dziennie przez 30 dni bez przerwy? A bywały dni, kiedy na scenę wychodziliśmy trzy razy! - wspominał Nowak. Impetu, z jakim formacja weszła na polską scenę, nie powstrzymał nawet stan wojenny. - Ostatni koncert przed przerwą związaną ze stanem wojennym miał miejsce 13 grudnia 1981 roku - opowiadał w "Metal Hammerze" drugi gitarzysta TSA Stefan Machel. - Powróciliśmy na scenę dopiero w lutym. Atmosfera naszych koncertów była przedziwna. Z jednej strony od czterech miesięcy obowiązywał stan wojenny. Kilka koncertów w zupełnie innej rzeczywistości. Specjalne pozwolenia od milicji na powroty do hotelów po koncertach, to były dziwne czasy. Z drugiej jednak strony ta fantastyczna publiczność, spragniona naszej muzyki. Sroga zima i ta gorąca atmosfera. To było coś nieprawdopodobnego.

Kielich z czaszki

TSA szybko przestał mieć w Polsce monopol na metalowe granie. Z płyty na płytę coraz ciężej brzmiała grupa Turbo (na początku kariery wylansowała wielki przebój "Dorosłe dzieci", potem, na ozdobionej koszmarnie tandetną okładką płycie "Kawaleria Szatana", próbowała zbliżyć się do stylistyki Iron Maiden, wreszcie stała się lokalną gwiazdą thrash metalu), ale prawdziwym przełomem było pojawienie się katowickiego zespołu Kat. Pod względem stażu nieomal rówieśnik TSA na debiut płytowy musiał czekać aż do 1985 roku, gdy w sklepach pojawił się album "Metal & Hell". Czegoś takiego wcześniej w Polsce nie było. W TSA Piekarczyk śpiewał albo o dziewczynach i rock'n'rollowym życiu, albo o pokoleniowym rozterkach. W tekstach wokalisty Kata Romana Kostrzewskiego pojawił się diabeł, w image'u jego zespołu - pentagramy i odwrócone krzyże, a koncerty nawiązywały do horrorów i czarnych mszy - wokół Kostrzewskiego wiły się półnagie dziewczyny, on sam wychodził z trumny, pił z kielicha zrobionego z ludzkiej czaszki. Kicz i tandeta? A jakże! Ale to kicz i tandeta w stuprocentowo heavymetalowym stylu. A że towarzyszyła temu świetna, stylowa muzyka, Kat szybko stał się kolejną polską gwiazdą gatunku.



W połowie lat 80. w Polsce zaroiło się od nowych metalowych grup zainspirowanych sukcesami lokalnych wykonawców, ale przede wszystkim światową eksplozją popularności gatunku (do głosu dochodziło pokolenie spod znaku thrash metalu z Metallicą i Slayerem na czele). Test Fobii, 666XHE, Wilczy Pająk, Vincent Van Gogh, Voodoo, a także Vader - to był prawdziwy wysyp debiutów. W 1986 roku wystartował skupiający całą scenę festiwal Metalmania, ale prawdziwe apogeum popularności heavy metalu miało miejsce w tym samym roku na festiwalu w Jarocinie. Gatunek miał tam swój cały dzień festiwalowy. Podczas koncertu wokalista grupy Test Fobii połamał na scenie krzyż, a na jarocińskim cmentarzu odbyła się rzekomo (do dziś na ten temat krążą różne relacje) czarna msza, w czasie której metalowcy mieli podobno zabić psa czy kota. Polska była w szoku. Używanie miały masowe media, w których metal na chwilę stał się wrogiem gorszym niż wciąż jątrząca solidarnościowa ekstrema. Heavy metal potępił też podczas kazania w Częstochowie prymas Józef Glemp.

Klapa Acid Drinkers

Lata 80. to także pierwsze marzenia o wyjściu polskiego heavy metalu poza granice kraju. TSA dwukrotnie próbowało sił, wydając anglojęzyczne wersje płyt w małych, niezależnych wytwórniach angielskich i belgijskich. Kat też chciał wyruszyć na podbój świata z Belgii - anglojęzyczna wersja debiutanckiego albumu "Metal & Hell" ukazała się tam wcześniej niż jej polski odpowiednik "666". O zagranicznej karierze myślały też formacje skupione wokół wyspecjalizowanej w wydawaniu płyt metalowych wytwórni Metal Mind - Dragon, Alastor czy Wilczy Pająk.

Nie udało się żadnej z nich. Nie udało się nawet kapeli, która wydawała się sztandarowym polskim produktem eksportowym - Acid Drinkers. Założona w 1986 roku, ale działająca tak naprawdę od 1989 roku kapela (jej frontman Titus musiał najpierw odsłużyć swoje w wojsku) miała wszystko, czego potrzeba prawdziwej gwieździe - świetne, oryginalne kompozycje, charyzmatycznych muzyków i bezkompromisowe podejście do grania. Miała też coś jeszcze, co wyróżniało ją na tle innych formacji metalowych - ogromne poczucie humoru. Dość powiedzieć, że okładkę debiutanckiej płyty "Are You A Rebel?" zdobi komiksowy rysunek przedstawiający muzyków wciskanych przez szefa ich wytwórni płytowej do wielkiej maszynki do mielenia mięsa, która zamienia ich w pliki dolarów, zaś jednym z utworów albumu jest przekomiczna parodia stylistyki Guns N'Roses o wiele mówiącym tytule "Woman With The Dirty Feet". Niestety, nawet ta specyficzna jak na kapelę metalową cecha nie pomogła. Na przeszkodzie stanęły podobno względy formalne - szansa na sukces była duża, ale wszystko rozbiło się o - co z dzisiejszej perspektywy być może trudno pojąć - załatwianie wiz podczas organizacji wielkiej trasy koncertowej po Europie. Acid Drinkers pozostali tylko polską gwiazdą gatunku i rodzimym symbolem rock'n'rollowego stylu życia - Titus na zawołanie potrafi sypać w wywiadach anegdotami o fanach zdzierających z niego spodnie podczas koncertu czy bójkach w zespole, w efekcie których jeden z muzyków zaszył sobie ranę zwykła nitką i igłą kupioną w kiosku Ruchu.



Co nie wypaliło w przypadku Acid Drinkers, stało się udziałem Vadera, który od lat 80. zdążył już ewoluować od heavy i thrash metalu w stronę ekstremalnego death metalu. W 1993 roku debiutancki album grupy - "The Ultimate Incantation" - wydała znana na świecie wytwórnia metalowa Earache. Płyta spotkała się ze świetnym przyjęciem. Polska nagle przestała być dla nich bezbarwnym krajem w Europie Wschodniej - zainteresowanie zaczęły wzbudzać inne pochodzące stąd zespoły. W połowie lat 90. amerykański magazyn "SPIN" przysłał nad Wisłę dziennikarza, który w długim reportażu opisał polską scenę metalową. Zjawiska nie przeoczyły też lokalne media - Vader i inne metalowe kapele grały wyjątkowo mroczną, głośną i brutalną muzykę, na dodatek chętnie sięgały w image'u i tekstach po okultystyczno-diabelski sztafaż, więc przez prasę i telewizję przetoczyły się dyskusje o satanistycznym wydźwięku metalu.



Behemoth wchodzi do gry

Vader długo pozostawał jedyną polską gwiazdą w metalowym światku. W ostatnich latach dołączył do niego trójmiejski Behemoth - zespół o dekadę młodszy i pod niektórymi względami jeszcze bardziej bezkompromisowy. Działająca od początku lat 90. kapela ma już na koncie dziewięć albumów i ugruntowaną pozycję na światowej scenie - zespół lada moment zaczyna trasę koncertową po Polsce, ale wcześniej grał na objazdowym festiwalu w Stanach Zjednoczonych razem z takimi zespołami jak Marilyn Manson czy Slayer. Na nim nie kończy się lista eksportowych kapel metalowych znad Wisły. Za granicą nieźle radzą sobie lub radziły takie formacje jak Hate, Christ Agony czy Decapitated. Nawet na portalu Facebook znaleźć można ślad popularności polskiego metalu - w sporządzonym przez jakiegoś anglosaskiego użytkownika teście pod tytułem "Jak bardzo jesteś heavymetalowcem" pojawiają się nazwy nie tylko Vadera i Behemotha, ale i takich polskich kapel jak Damnation, Dies Irae czy Cryptic Tales. A że to wszystko - zwłaszcza w porównaniu z wylewającym się z komercyjnych rozgłośni i stacji telewizyjnych popem - nisza? Na dodatek ze względu na przerysowany image i tematykę tekstów często obśmiewana i przez fanów innych gatunków i przez mainstreamowych dziennikarzy? - Jestem fanem tej muzyki i za pomocą tych dźwięków przekazuję swoje emocje światu - mówił Peter z Vadera w wywiadzie dla Onet.pl. - Czego tu się wstydzić? Wstyd to kraść i z dupy spaść, jak to kiedyś ktoś powiedział. Jestem metalowcem i to, co robię, robię uczciwie, z serca. Nie mam powodów do wstydu.

Źródło: Duży Format
  • 14 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    23 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':