Takie rewelacje ogłosił brytyjski minister sprawiedliwości Jack Straw w sobotnim wywiadzie dla dziennika "Daily Telegraph". Zapytany, czy sprawy handlowe wpłynęły na decyzję o włączeniu w umowę o wymianie więźniów z Libią Abd al-Basita al-Migrahiego, skazanego na dożywocie za organizację zamachu nad Lockerbie w 1988 r. (zginęło 270 osób), Straw odparł: "Tak, handel miał tu ogromne znaczenie i nie zamierzam za to przepraszać".
Minister przyznał, że uwolnienie Al-Migrahiego przez Szkotów miało pomóc w "wyciągnięciu Libii z cienia", a sprawy handlowe od początku były istotne. - W efekcie British Petroleum podpisało z Libijczykami umowę na 550 mln funtów - pochwalił się.
Oświadczenie Strawa to prawdziwa bomba, bo wcześniej Szkoci przekonywali, że ciężko chory na raka Al-Migrahi wyszedł na wolność wyłącznie ze względów humanitarnych. Jednak tuż po jego uwolnieniu na wyspach rozpętała się polityczna burza, kiedy libijski przywódca Muammar Kaddafi i jego syn Sajf al-Islam niespodziewanie podziękowali Brytyjczykom za pomoc w tej sprawie. Po kilku dniach szef
MSZ David Miliband przyznał: "Nie chcieliśmy, by Al-Migrahi umarł w więzieniu".
Jednak jeszcze w środę brytyjski premier Gordon Brown przekonywał, że "nie było żadnego spisku, tuszowania sprawy, handlu ropą ani prób wpływania na szkocki rząd". Zadbał teraz, żeby premier nie wyszedł na kłamcę. - Gordon Brown nie brał w tym udziału, w ogóle z nim o tym nie rozmawiałem - stwierdził.
Z publikowanych kilka dni temu materiałów wynikało, że sam Straw, który początkowo nie chciał, żeby Al-Migrahi wyszedł na wolność, w czasie kiedy trwały rozmowy o ropie, nagle zmienił zdanie.
Nie tylko Brytyjczyków interesuje to, kto zdecydował o wypuszczeniu terrorysty, na którego w Trypolisie czekało królewskie przyjęcie przygotowane przez obydwu Kaddafich i tłum wiwatujących rodaków. Wyjaśnień żądają też Amerykanie, bo większość ofiar zamachu pochodziła z USA.