Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl
Ekonomiści, z którymi rozmawialiśmy w piątek rano, prognozowali deficyt budżetu na 31-37 mld. Ale wieczorem, już po zamknięciu giełdy, minister finansów Jacek Rostowski ujawnił nam: -
Rząd utrzyma deficyt na kontrolowanym poziomie 52,2 mld zł, czyli 3,8 proc. PKB.
Skrupulatnie wyliczył, że to i tak dużo mniej niż podczas kryzysu 2001-02, gdy deficyt sięgnął odpowiednio 4,2 i 4,9 proc. PKB. Wbrew pozorom zwykłego Kowalskiego też to dotknie: jeśli państwo ma wysoki deficyt, dużo wydaje na jego obsługę (bo za emitowane obligacje trzeba płacić kupcom premię), tym samym mniej zostaje w publicznej kasie np. na pomoc socjalną czy naukę.
Inwestorzy mają czas do poniedziałku, by przetrawić tę wiadomość. Wtedy okaże się, jak zareaguje giełda i złoty.
Rostowski tłumaczy wysoki deficyt "drastycznie mniejszymi wpływami budżetowymi", i to mimo iż w reakcji na dobre dane za II kwartał br. podniósł prognozę PKB na przyszły rok z 0,5 do 1,2 proc. (w tym roku szacuje wzrost na 0,9 proc.). Jednak ten wzrost prognozy to krok ryzykowny. Były wiceminister finansów tego rządu Stanisław Gomułka przestrzegał przed tym, bo popyt krajowy rośnie coraz słabiej, hamują też inwestycje. - Nie ma więc dobrych powodów do rewizji założeń, oczywiście poza politycznymi - powiedział nam Gomułka.
Jak rząd zamierza radzić sobie z tą dziurą budżetową? W przyszłym roku nie przewiduje rewolucji ani w podatkach, ani w wydatkach. Politycy koalicji PO-
PSL argumentują, że prezydent
Lech Kaczyński i tak by wszystko zawetował albo wysłał do Trybunału Konstytucyjnego.
Pociechą dla podatników może być to, że nie będzie podwyżek podatków w przyszłym roku poza np. dostosowaniem stawek akcyzy do wymaganych przez Brukselę. Renciści i emeryci dostaną swoje podwyżki, podobnie nauczyciele.
Wzrost wydatków spowodowany jest m.in.: • wysoką dotacją do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (bo rośnie bezrobocie, mniej osób płaci składki), • wysokimi nakładami na obronność (ustawa nakazuje przeznaczać na nią 1,95 proc. PKB), • rosnącymi kosztami obsługi zadłużenia.
Rząd ma niewielkie pole manewru, jeśli chodzi o oszczędności, bo trzy czwarte wydatków to wydatki sztywne wynikające z ustaw. - Praktycznie nie będzie wzrostu wydatków osobowych, a jeśli chodzi o wydatki inwestycyjne i rzeczowe, ograniczamy je o 10 proc. - zapowiada minister.
Czyli jakikolwiek wzrost płac w urzędach musiałby być okupiony zwolnieniami, tak by wygospodarować środki na podwyżki. Według naszych nieoficjalnych informacji rząd planuje jedynie wzrost nakładów na drogi.
Dla inwestorów bardziej nawet niż wysokość deficytu budżetowego liczy się deficyt całego sektora finansów publicznych (deficyt budżetu, samorządów, funduszy typu FUS), bo on tak naprawdę pokazuje, ile nam brakuje i ile musimy pożyczyć. Wiceminister finansów Dominik Radziwiłł zapewnił nas w piątek, że deficyt sektora wzrośnie w przyszłym roku tylko o 1 pkt proc.
A co z długiem publicznym? Czy przy takim wzroście deficytu nie przebije dotąd niewyobrażalnej granicy 55 proc. PKB? - Zrobimy wszystko, by dług nie przekroczył tego progu - obiecywał kilka dni temu premier
Donald Tusk. Inaczej rząd musiałby przygotować bardzo restrykcyjny budżet, drastycznie ciąć wydatki i podnosić podatki. Wymaga tego nowa ustawa o finansach publicznych.
Pomysłem rządu na utrzymanie długu w ryzach jest prywatyzacja. Minister Rostowski liczy łącznie na 28,5 mld zł w tym i przyszłym roku. O tyle mniej rząd musiałby pożyczyć. Wyprzedaż "rodowych sreber" oprotestował już prezydent Kaczyński, ale w tym wypadku nie ma on prawa weta. Budżet mogłyby też zasilić środki ze sprzedaży ziemi przez Agencję Nieruchomości Rolnych.
Przeczytaj w całości artykuł Jacka Rostowskiego